Pokazywanie postów oznaczonych etykietą morderstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą morderstwo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 sierpnia 2009

SLAYER - REIGN IN BLOOD

No to lecimy! W 1986 pod okiem producenta Ricka Rubina kwartet z Kalifornii nagrał swój zdecydowanie najważniejszy i najlepszy album. Po udanym debiucie oraz jeszcze lepszej drugiej płycie (oba albumy wzbudzały oczywiście ogromne kontrowersje ze względu na liczne odniesienia do satanizmu - oczywiście, to zawsze był tylko wizerunek mający współgrać z ekstremalnie brzmiącą muzyką, jak wszyscy wiedzą wokalista, Tom Araya, jest na codzień dość pobożnym katolikiem, jak przystało na imigranta z Chile), zespół znalazł się w ścisłej czołówce nowej gałęzi metalu - thrashu. Obok takich formacji jak Metallica (wówczas już z trzema albumamy na koncie, w tym z genialnym Ride the Lightning oraz doskonale przyjętym Master of Puppets), Megadeth (na koncie debiut, a miesiąc po Reign in Blood wyszedł ich opus magnum - Peace Sells... But Who's Buying?) czy Exodus przewodzili kalifornijskiej scenie, podczas gdy w Nowym Jorku dominował Anhrax, a wczesne albumy nagrywał Overkill. Nowy gatunek miał już swoje charakterystyczne brzmienie, oparte na heavy metalowych podstawach danych przez takie zespoły jak Judas Priest, Iron Maiden, Diamond Head, Venom, Motorhead, a wcześniej Black Sabbath, skrzyżowany z punkowym szaleństwem, czerpanym garściami przez młodych buntowników z Bay Area. Popularność zespołów rosła, lecz podczas gdy Metallica czy Anthrax z każdym kolejnym albumem brzmieli bardziej mainstreamowo (co nie jest absolutnie zarzutem), Slayer postanowił zrobić coś innego - po szorstkiej Hell Awaits, która przy całej swojej ekstremalności była pełna długich, niemal progresywnych w swojej strukturze numerów, przyszedł czas na maksymalnie skoncentrowaną zawartość. I wyszło rewelacyjnie.

Album otwiera Angel of Death, który jest chyba jednym z najbardziej rozpoznawalnych (jeśli nie w ogóle najbardziej rozpoznawalnym) numerem Slayera. Utwór opowiada o wybrykach "doktora" Josepha Mengele w obozie Auschwitz-Birkenau, co wraz z hobby Jeffa Hannemana, który kolekcjonował pamiątki z III Rzeszy, spowodowało falę oskarżeń o sympatyzowanie z ideologią nazistowską. Oczywiście jest to bzdurą, ale jak doskonale wiadomo, wielu ludzi uwielbia dosłownie interpretować, lub nawet nadinterpretować teksty zespołów muzycznych, a także puszczać utwory od tyłu, w poszukiwaniu ukrytych treści, żeby tylko znaleźć sobie wroga, którego można oskarżać o całe zło na świecie (nawiązując do poprzedniej recenzji - wszyscy znamy przykład Stairway to Heaven). Sama strona muzyczna zaś to coś naprawdę wielkiego - gitary wyłaniają się na początku, szykując się do ataku, czekając na sygnał dany przez wrzask Toma Arayi (coś podobnego było na debiucie, z tym, że tutaj brzmi to zdecydowanie lepiej). Szaleje Dave Lombardo, jego przejścia nigdy się nie nudzą. A środkowa, wolniejsza sekcja, z jednym z najlepszych metalowych riffów w historii zawsze wywiera na mnie ogromne wrażenie. Podobnie jak solowa partia perkusji w końcówce. Palce (i uszy) lizać.

Z kolejnych siedmiu utworów żaden nie przekracza trzech minut długości. Wszystko jest maksymalnie skoncentrowane, gdy utwór się rozkręca to zatrzymać go tylko może... początek następnego. Kawałek numer dwa, Piece by Piece, jest utrzymany w dość średnim tempie, w porównanie do zdecydowanej większości albumu, ma chwytliwy refren, świetne intro, i ciekawe przyspieszenie Arayi przed ostatnim powtorzeniem refrenu.

Necrophobic to minuta i czterdzieści sekund rozpoczynające się niespokojnym riffem, który, gdy perkusja daje znak, przechodzi w niesamowicie szybki, agresywny utwór, z ciekawą partią z solówkami (idealnie pasującymi do szaleńczego charakteru Necrophobic). A końcówka to już w ogóle mistrzostwo - dodatkowe zagęszczenie, prowadzące do krzyku Toma i w końcu skandowane Necrophobic, can't control the paranoia, scared to die. I koniec. Mniam.

Altar of Sacrifice zaczyna się prawie marszowym nabiciem, przechodzącym w klasyczny thrashowy utwór Slayera, z tekstem nawiązującym do pierwszych dwóch płyt. Sama kompozycja jest bardzo ciekawa - zwrotka, refren, solo, ponownie refren i po słowach Enter to the realm of Satan następuje druga, jeszcze lepsza, bujająca część Altar of Sacrifice. Utwór zwalnia na końcu, przechodząc płynnie w intro do...

...Jesus Saves. Spokojne riffowanie na początek (motyw pojawiający się około trzydziestej piątej sekundy wyjątkowo przypadł mi do gustu), w pewnym momencie zaburzony przez chaotyczny, nerwowy riff, po czym Dave Lombardo zaczyna się napędzać, rozpoczynając kolejny pokaz szybkości (z naciskiem na refren, w którym Tom Araya wypluwa z siebie tekst z prędkością dobrego ckm'u).

Kolejny numer, Criminally Insane zaczyna się cicho, sama perkusja, która w pewnym momencie łamie rytm i reszta instrumentów, aż w końcu wokalista wchodzi z tekstem - Night will come and I will follow, for my victims no tomorrow. Utwór zaczyna się tym samym tekstem, którym się kończy, a środkowa partia to, tradycyjnie już na Reign in Blood, bardzo szybka praca muzyków, zwalniająca pod koniec. Bardzo solidny numer.

Mniej zmian tempa jest w Reborn, który przez ponad dwie minuty nieustannie atakuje. Kompozycja też prosta, oparta na zwrotce i refrenie, z solówkami pod koniec. Standardowy, ale chwytliwy.

Epidemic jest wolniejszy (ale to oczywiste, niewiele utworów nie jest, nawet na tym albumie) od Reborn, bardziej zróżnicowany, z bardzo dobrym riffem w końcówce, gdy utwór wyraźnie się wycisza i zwalnia. To ostatni kawałek z tej "krótkiej siódemki", prowadzący do dwóch kawałków kończących płytę, a które stały się na zawsze integralną częścią koncertów Slayera.

Postmortem to najwolniejszy numer na płycie, z genialnymi riffami, niemal marszowym początkiem, refrenem wychodzącym płynnie ze zwrotki. Druga strofa jest przedzielona dodatkowymi gitarowymi smaczkami, dodatkowo podnosząc jakość tegoż numeru. Po drugim refrenie, zakończonym przez Toma Arayę krzykiem w dość wysokich rejestrach, oraz po ponownym odegraniu intra, atmosfera się zagęszcza, kolejny motyw brzmi szarpiąco, bardziej chaotycznie, a gdy się kończy i wybrzmiewa, wchodzi ostatnia partia utworu - i tutaj dopiero jest szybko! Kompozycja ze świetnymi pomysłami, rozwijająca się, mogłaby się znaleźć na Hell Awaits, z tą różnicą, że to utwór lepszy od większości tych z poprzedniego albumu. Na koniec nie można zapomnieć, o tym, że po zakończeniu Postmortem rozpętuje się burza. I to dosłownie - słychać grzmot i silną ulewę, a wśród sprzężeń gitarowych i dudniących, trzykrotnych uderzeń Lombardo czai się ostatni utwór...

Raining Blood. Riff, który wyłania się z tej burzy jest moim ulubionym na tej płycie, jak również w całej dyskografii Slayera. W ogole, to co wyróżnia ten utwór, to RIFFY - jest zdominowany przez gitary, wokalu jest stosunkowo mało, jednak świetnie współistnieje z resztą instrumentów, gdy już się pojawia. Żeby oddać sprawiedliwość Raining Blood musiałbym praktycznie każdy kolejny riff analizować osobno i wymyślać miliony epitetów, które określiłyby ich wspaniałość. Pozostawię więc opis tego utworu w tym miejscu, jednym słowem określając ostatni numer na Reing in Blood - perfekcja. I znowu grzmot i deszcz, aż do całkowitego wyciszenia... Ciekawostka: cover tegoż utworu nagrała m.in. Tori Amos, ale gdyby nie tekst, możnaby się nie zorientować, hehe.

Slayer zrobił ogromny krok naprzód. I to zarówno w stosunku do pierwszych dwóch albumów, jak i do konkurencji. Wraz z dwoma innymi dziełami z tego roku, Darkness Descends zespołu Dark Angel, oraz Pleasure to Kill niemieckiego Kreatora, Reign in Blood stanowi fundament nie tylko dalszego rozwoju thrashu, ale czegoś więcej - na tym fundamencie powstał bardziej ekstremalny gatunek - death metal. Szybkość, chwytliwość riffów i motywów wokalnych, doskonała postawa Dave'a Lombardo, znakomita produkcja Ricka Rubina (przy całej swojej bezlitosnej zawartości brzmi czysto, klarownie, wszystko słychać), oraz oczywiście rewelacyjne kompozycje (mniej lub bardziej skomplikowane, jednak, mimo znacznej szybkości i gęstości grania, każda ma swój niepowtarzalny, indywidualny charakter). Najlepszy album thrashowy, wzór do naśladowania.

Ocena: 10/10

PS. Jak na razie potwornie dużo wysokich ocen. Ale spokojnie, na niższe też nadejdzie pora...

sobota, 21 marca 2009

TAXI DRIVER

Czas na pierwszą recenzję filmu na tym blogu! Początkowo miałem w planach rozpocząć opisem innego dzieła, jednak po tym, jak niedawno dwukrotnie odswieżyłem sobie obraz Martina Scorsese z 1976 roku, postanowiłem właśnie ten film poddać analizie.

Travis Bickle (Robert De Niro) to weteran wojny w Wietnamie. Po powrocie z frontu nie może dostosować się do życia w społeczeństwie. Cierpi na bezsenność, w dzień zabija czas w kinach porno, zaś w nocy jeździ bez celu po mieście, metrem i autobusami. Postanawia więc, że zostanie taksówkarzem w godzinach nocnych, bo w końcu, jak sam stwierdza, I might as well get paid for it. Wykonując pracę obserwuje z nieukrywaną pogardą i obrzydzeniem nocne życie Nowego Jorku - narkomani, prostytutki i alfonsi, złodzieje, margines społeczny. Marzy o "deszczu, który zmyje szumowiny z ulicy".

Pewnego dnia zauważa w biurze komitetu wyborczego kandydata na prezydenta, Charlesa Palantine'a, kobietę. Wydaje się być aniołem, na tle brudnego społeczeństwa - ubrana na biało, atrakcyjna blondynka. Jakiś czas później wchodzi do biura pod pozorem zainteresowania kampanią Palantine'a. Udaje mu się zaprosić Betsy (bo tak ma na imię) na kawę. Travis urzeka ją swoją otwartością i szczerością. Betsy daje się namówić na wyjście do kina. W nocy, w swojej taksówce ma do czynenia z dwoma osobami - najpierw przewozi Palantine'a, który w rozmowie z Travisem stwierdza, że wyczyszczenie ulic Nowego Jorku "nie będzie łatwe". Później do samochodu wchodzi, grana przez młodą Jodie Foster, dwunastoletnia prostytutka. Travis nie reaguje na jej prośbę o pomoc i odjechanie, wyraźnie zdezorientowany sytuacją, przez co stręczyciel (Harvey Keitel), ma czas na "przekonanie" swej podopiecznej do powrotu na ulicę. Tytułowy taksówkarz gapi się z obrzydzeniem i wyrzutami sumienia na zmięty banknot, który rzucił mu "za fatygę" alfons. Następnego wieczora ma miejsce randka Travisa i Betsy. Tutaj wychodzi niestety na jaw absolutne nieprzystosowanie się Travisa Bickle'a do życia między ludźmi - nie wiedząc, jak traktować kobietę, zaprasza ją do kina porno, do którego sam uczęszcza. Nie dziwi oburzenie Betsy, która po tym incydencie zrywa z nim kontakt, uważając go za człowieka niebezpiecznego.

Powyższe doświadczenia, jak również uczestnictwo w śledztwie zdradzanego przez żonę brodatego pasażera (w tej roli sam reżyser), sprawiają, że w Travisie coś pęka i postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Wprowadza w życie plan treningu, mający poprawić jego kondycję i siłę. Kupuje też broń, opracowuje sprytne sposoby na błyskawiczne jej wyciągnięcie w razie potrzeby. A wszystko to, by dokonać zamachu na... Charlesa Palantine'a, którego uważa za winnego zarówno wszechobecnej przestępczości i zgnilizny moralnej, jak również za to, że Betsy się od niego odwróciła.

Przed wprowadzeniem w życie planu zabójstwa nawiązuje kontakt z młodocianą prostytutką. Iris, bo tak ma na imię, wydaje się być albo nieświadoma swojej sytuacji, albo nawet oswojona z nią. Mówi, że Matthew, jej opiekun, "broni ją przed samą sobą", za nic nie chce wrócić do domu w Pittsburghu. Travis jednak pozostawia jej trochę pieniędzy, pisząc, że w chwili, gdy będzie czytać jego słowa - nie będzie już żył.

Z nową fryzurą, w pełni uzbrojony udaje się na wiec wyborczy Palantine'a. Oklaskuje go z cynicznym uśmiechem, po czym zbliża się wyciągając powoli broń. Zostaje jednak dostrzeżony przez członków obstawy kandydata, którzy rzucają się za nim w pościg. Travisowi udaje się jednak zbiec z miejsca zdarzenia. Niezadowolony z takiego obrotu wydarzeń, postanawia obrać inny cel - Matthew i jego współpracownika. W wyniku strzelaniny zabija obu z nich, a także klienta Iris, lecz zostaje ciężko ranny - jeden pocisk przeszywa mu szyję, drugi trafia w ramię.

Wydawałoby się, że nawet gdyby jakimś cudem przeżył postrzał w szyję i nie wykrwawił się na amen, powinien trafić za kratki - w końcu zabił trzech ludzi. A zabójstwo nawet w dobrej wierze pozostaje zabójstwem. Końcowe sceny jednak pokazują najbardziej optymistyczny dla Travisa wariant, jaki mógłby sobie wyobrazić - wykurował się, został obwołany w prasie "bohaterem", jego ścianę zdobią wycinki z gazet i list od wdzięcznych rodziców Iris, koledzy w pracy zaczynają darzyć go sympatią i szacunkiem, a jakby tego było mało - Betsy, która jest ostatnią pasażerką taksówki w tym filmie, jest zafascynowana jego odwagą i poświęceniem dla ratowania młodziutkiej dziewczyny. Travis nie obciąża Betsy kosztami jazdy i odjeżdża spokojnie na ulice Nowego Jorku... Czy aby na pewno? Ostatnie, co widzimy w tym filmie, to dwa dziwne ujęcia - Travis oglądający się nerwowo w przednie lusterko, a potem ujęcie na samo lusterko, w którym najpierw widzimy oczy Travisa, które następnie znikają...

Patrząc na ten film bez większej analizy, mamy do czynienia z historią socjopatycznego taksówkarza, człowieka ewidentnie nieprzystosowanego do życia w społeczeństwie, z zaburzeniami zapewne wynikającymi ze złych przeżyć podczas operacji wojskowej w Wietnamie. Nie umie poradzić sobie z kobietą, która jest dla niego atrakcyjna, nie zdaje sobie również sprawy z pewnych granic dotyczących walki ze złem tego świata, których przekroczenie oznacza przekroczenie przepisów prawa, zarówno tego kodeksowego, jak i moralnego. Dlaczego więc został na końcu nagrodzony? O co chodzi na samym końcu? Co zobaczył Travis?

Zacznijmy od początku - uczucia Travia wobec marginesu nie dziwią, na pewno wielu ludzi często myśli w podobny sposób. Może szokować natomiast pomysł wybrania się na randkę z nowopoznaną dziewczyną do kina, w którym wyświetlane są filmy pornograficzne. Travis, małomówny, wyobcowany od społeczeństwa nie wie, że Betsy, którą uważa za bratnią duszę, w rozmowie z która wyczuł, że jest między nimi "łączność", może uznać to za nietakt, mało tego, za przyczynę, dla której nie należy dalej spotykać się z nim. Trudno sobie wyobrazić "porządną" kobietę, która postąpiłaby w inny sposob niż Betsy. Dla Travisa jednak to odrzucenie oznacza nic innego jak to, że kobieta, którą był zauroczony, tak naprawdę nie różni się od reszty znienawidzonego społeczeństwa. Widz, który widzi, że popełniona przez Travisa gafa nie wynika z jego złej woli, lecz z niewiedzy, żałuje, że tak się to skończyło. Fakt, że w wielkim stopniu wini za swoje niepowodzenie pracodawcę Betsy, Palantine'a, posuwając się aż do zamachu, sprawia jednak, że my również uznajemy Travisa za groźnego wariata, niebezpiecznego dla społeczeństwa. Gdyby zamach mu się udał, bądź gdyby został złapany przez ochronę, na pewno byłby wymieniany jednym tchem z Johnem Wilkes Booth'em czy Lee Harvey Oswaldem. Tak jednak się nie dzieje, a wręcz przeciwnie, co widzimy w końcówce.

Wątek Iris to kolejna sprawa - wyrzuty sumienia po sytuacji w taksówce sprawiają, że los młodocianej ulicznicy staje się jednym z priorytetów w życiu Travisa. Stwierdza on nawet, w swoich myślach, że odnalazł cel swojej egzystencji na tym świecie - pomoc w ucieczce Iris z powrotem do domu. Jednak w rozmowie z samą zainteresowaną widać, że tak naprawdę Iris nie pragnie pomocy, wydaje się nawet, że nawiązała więź emocjonalną z Matthew, swoim alfonsem. Gdy Travis mowi o nocy, podczas której Iris probowała sama uciekać, ta stwierdza, że "prawdopodobnie była naćpana". Jak ocenić zatem postępowanie Travisa? Znów, chęci dobre. Matthew żerował na łatwowierności Iris, wykorzystywał jej naiwność dla własnych celów, motywacja Travisa jest jak najbardziej słuszna. Jednak decyzja o zabiciu Matthew i dwóch pozostałych mężczyzn? Historia zna wiele przykładów linczy i samosądów, często ludzie brali sprawy w swoje ręce. Zwykle jednak nie ocenia się takich akcji pozytywnie. Czy szlachetna pobudka jest wystarczającym pretekstem do popełnienia morderstwa z zimną krwią? Czy należy pochwalić Travisa, nie pozostającego obojętnym na los Iris, czy też potępić samosąd? W świetle prawa, Travis popełniając morderstwo sam staje się przestępcą. Czy było warto? O tym zdecyduje to, jaką interpretację zakończenia wybierzemy.

I tu dochodzimy do najbardziej kontrowersyjnego aspektu obrazu - epilog. Travis zdrowy, uznany za bohatera, Betsy powraca do niego. Czy coś takiego mogłoby się zdarzyć naprawdę? Z tego, co udało mi się przeczytać, w latach 70-tych Nowy Jork był do tego stopnia pełen przestępczości, że często policja wypuszczała niektórych przestępców, bądź też przymykała na niektóre sprawy oko, czy to z powodu natłoku zajęć, czy też korupcji (o tym aspekcie traktuje bardzo dobry film Serpico z Alem Pacino). Dlaczego więc nie mieliby zwolnić bohatera, człowieka, który uratował małą dziewczynkę z rąk zboczeńców? Iris mogła nawet zeznać, że Travis działał w obronie własnej, a Matthew i dwaj pozostali byli agresorami w tej sytuacji. Dlaczego nie? Zabił w końcu ludzi o złej reputacji, świadków (poza Iris) nie było. Po tym zdarzeniu wszyscy nagle go kochają, a on sam wydaje się być znacznie bardziej "wyluzowany". Czy koledzy z pracy i Betsy nie powinni się wręcz obawiać człowieka, który był gotów zabić trzy osoby? Czy są też może na tyle "wyprani" przez środki masowego przekazu, że informacje o jego bohaterstwie sprawiają, że zmienia się ich stosunek do Bickle'a? Jeśli tak postawić sprawę, to również wydaje się sensowne. Takie rozwiązania obnaża słabość instytucji bezpieczeństwa publicznego, wpływ mediów na życie obywateli, jak i głupotę tychże, gotowych uwierzyć we wszystko, co zostanie im podane przez gazety i telewizję. Gdy wydaje się, że Travis "znormalniał", nasze wrażenie zostaje rozmyte przez ostatnie ujęcia - taksówkarz znów coś zauważył, coś, co sprawia, że znów chce wziąć sprawy w swoje ręce - mogą zginąć kolejni ludzie, może tym razem niewinni?

Druga opcja, mniej optymistyczna (chociaż jak widać w poprzednim akapicie, wersja "dosłowna" jest tylko pozornie optymistyczna), zakłada, że Travis umiera po strzelaninie, wykrwawiając się na kanapie. Widzimy jak kamera unosi się nad ciałem Travisa i "leci" ponad ludźmi obserwującymi miejsce zdarzenia aż na ulicę. Czy kolejne sekwencje to myśli, marzenia umierającego taksówkarza? To również bardzo interesujące rozwiązanie, w sumie nawet wygodniejsze, wymagające mniejszej ilości założeń do zaakceptowania. Travis swego czasu myślał, że randka w kinie porno sprawi Betsy przyjemność. Teraz mamy do czynienia z podobną sytuacją, wynikającą z niezrozumienia ludzi - myśli, że potrójne zabójstwo w obronie Iris zaimponuje ludziom, w tym Betsy. Travis Bickle wyobraża sobie świat, w którym jest bohaterem, czuje się w nim komfortowo, ma nadzieję, że dzieje się to naprawdę, jednak mamy do czynienia z pewnymi wskazówkami, które przemawiają za tym, że to tylko wyimaginowany scenariusz. Podczas rozmowy z Betsy w taksówce Travis wspomina, że po strzelaninie ze wszystkich urazów pozostała "lekka sztywność" - trup? Praca kamery podczas jazdy też jest dosyć szczególna - Betsy widzimy tylko w przednim lusterku, zaś w ujęciu od przodu, gdy widzimy Travisa i sporą część tylnego siedzenia - nie. Może to nadinterpretacja, jako że zaraz po tym widzimy, jak Betsy, gdy już wysiadła z taksówki, stoi obok Travisa w kadrze. Wówczas jednak Bickle ani nie pobiera opłaty, ani nie odzywa się ani słowem. I tu znowu kwestia ostatniego ujęcia - czy Travis nagle widzi, że jego odbicie w lusterku znika - umiera?

Możemy też pójść o krok dalej i przyjąć inna interpretację - jakkolwiek odrobinę naciąganą. Może cały film, począwszy od sceny z udziałem Scorsese, to wytwór wyobraźni Travisa Bickle'a? Sfrustrowany, wyobraża sobie swoje przeistoczenie w superbohatera, silnego fizycznie, zabijającego złych ludzi, ratującego dziewczynkę, która miał okazję uratować całkiem niedawno, wreszcie odzyskującego ukochaną. Czy to postawa brodatego dżentelmena, postanawiającego wziąć sprawy w swoje ręce (chce zabić żonę i jej kochanka-Murzyna) inspiruje Travisa do tych wyobrażeń? Czy to Scorsese w przewrotny sposob "reżyseruje" umysł bohatera swojego filmu? Może w tej sytuacji Travis Bickle "budzi się" na końcu w niezmienionej rzeczywistości po napadzie schizofrenii?

Jest to zdecydowanie film dający do myślenia, otwarty na interpretacje. Inteligentna reżyseria Scorsese, świetna, klimatyczna muzyka, jak i bohater, rewelacyjnie zagrany przez Roberta De Niro w jednej z jego najlepszych kreacji aktorskich, sprawiają, że Taxi Driver do dzisiaj broni się doskonale. Nie ma tu może wartkiej akcji (aż do kulminacyjnego rozprawienia się z postacią graną przez Harveya Keitela), lecz pod względem budowania obrazu głównego bohatera, przedstawienia jego sposobu pojmowania rzeczywistości, pod względem psychologicznym - jest to majstersztyk. Obraz o samotności, szaleństwie, krytyka zarówno sytuacji w Nowym Jorku lat 70-tych, jak również wojny w Wietnamie - Travis to w końcu weteran ze zniszczoną psychiką. Film zyskuje przy ponownym obejrzeniu, zaś wiele scen i cytatów (trening, pozowanie z bronią przed lustrem, you talkin' to me?!) weszło na stałe do historii kina. Zdecydowanie polecam - jest to jeden z moich ulubionych filmów. A pomyśleć, że na gali rozdania Nagród Akademii Taxi Driver przegrał z Rockym.

Ocena: 10/10

Ulubiony cytat: Listen you fuckers, you screwheads, here's a man who would not take it anymore, who would not let... Listen you fuckers you screwheads, here's a man who would not take it anymore, a man who stood up against the scum, the cons, the dogs, the filth, the shit. Here is someone who stood up. Here is...

Ciekawostka: w 1981 roku miał miejsce nieudany zamach na prezydenta USA, Ronalda Reagana. Jego autorem był John Hinckle Jr., który przyznał się do inspiracji postacią Travisa Bickle'a. Mało tego, próby zamachu dokonał, by... zaimponować Jodie Foster, wówczas studentce Yale, której oprócz tego wysyłał liczne listy miłosne, a nawet próbował kontaktować się telefonicznie. Ze względu na chorobę psychiczną został uniewinniony.