<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-405536386192013273</id><updated>2012-02-16T07:23:31.912+01:00</updated><category term='De Niro'/><category term='szatan'/><category term='plagiat'/><category term='nowa'/><category term='loudness'/><category term='stoner rock'/><category term='death&apos;n&apos;roll'/><category term='cover'/><category term='Zeppelin'/><category term='metallica'/><category term='prostytucja'/><category term='Bonham'/><category term='death'/><category term='ambient'/><category term='stodoła'/><category term='Entombed'/><category term='trening'/><category term='Broadrick'/><category term='Dafoe'/><category term='kościół'/><category term='mieszane uczucia'/><category term='death magnetic'/><category term='Foster'/><category term='przebojowość'/><category term='wolverine blues'/><category term='stoner metal'/><category term='morderstwo'/><category term='thrash'/><category term='kult'/><category term='krew'/><category term='lustro'/><category term='skutery'/><category term='dół'/><category term='Scorsese'/><category term='Page'/><category term='blues'/><category term='kosmos'/><category term='King'/><category term='schody'/><category term='filmweb'/><category term='socjopata'/><category term='shoegaze'/><category term='folk'/><category term='monster magnet'/><category term='drone'/><category term='szaleństwo'/><category term='Jones'/><category term='retro rock'/><category term='hity'/><category term='rock'/><category term='gangi'/><category term='Godflesh'/><category term='Ulrich'/><category term='psychedelic rock'/><category term='Jesu'/><category term='Nowy Jork'/><category term='gitara'/><category term='Hanneman'/><category term='heavy metal'/><category term='Keitel'/><category term='Plant'/><category term='mandolina'/><category term='recenzje'/><category term='Kerry'/><category term='ideał'/><category term='Slayer'/><category term='great'/><category term='1995'/><category term='thrash metal'/><category term='historia'/><category term='warszawa'/><category term='religia'/><category term='perkusja'/><category term='Jezus'/><category term='metal'/><category term='magnetic'/><category term='Lombardo'/><category term='jesień'/><category term='rock&apos;n&apos;roll'/><category term='death metal'/><category term='produkcja'/><category term='nierówna'/><category term='hard rock'/><category term='szwecja'/><category term='wakacje'/><category term='dopes to infinity'/><category term='narkotyki'/><category term='skrajna'/><category term='teledysk'/><category term='koncert'/><category term='Araya'/><category term='industrial'/><category term='Taxi Driver'/><category term='ciężar'/><category term='groove'/><title type='text'>Recenzje obiektywno-subiektywne</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://kontrolor.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/405536386192013273/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kontrolor.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Márius Litevec</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02257976366786969563</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='19' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_aG0qeHOFrdg/SOdUhwnPfAI/AAAAAAAAAAM/VJ8TL-tfxeU/S220/ryj.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>10</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-405536386192013273.post-624019595863827543</id><published>2009-09-03T01:03:00.010+02:00</published><updated>2009-09-22T01:16:12.596+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Dafoe'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kościół'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='teledysk'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filmweb'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kult'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='gangi'/><title type='text'>THE BOONDOCK SAINTS - RECENZJA FILMU</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Tekst o Taxi Driver był taki długi, bo była to dokładniejsza analiza filmu, który zrobił na mnie ogromne wrażenie i uważam go za naprawdę ważny. Generalnie recenzje filmów nie będą takie długie, a już na pewno nie będę pisał streszczeń fabuły, gdyż mija się to z celem. Dlatego też poniższa recenzja będzie znacznie krótsza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyjaśnijmy sobie kilka rzeczy na sam początek. Uwielbiam dobre kino gangsterskie, uwielbiam filmy Tarantino&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://www.freewebs.com/sakate/Boondock-Saints-bh03.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 210px; height: 155px;" src="http://www.freewebs.com/sakate/Boondock-Saints-bh03.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; (no, przynajmniej do Jackie Brown włącznie), uwielbiam Willema Dafoe, lubię, gdy film akcji przy okazji ma coś ciekawego do powiedzenia poza paroma strzelankami. Lubię także irlandzki akcent, hehe. Także jak widać, pochodziłem do Świętych z Bostonu z dużą nadzieją na ciekawy, trzymający w napięciu seans, ale okraszony odrobiną refleksji. Przeczytawszy parę dobrych opinii (porównania do Reservoir Dogs czy Pulp Fiction), rzuciwszy okiem na filmweb (nie, żebym jakoś specjalnie ufał gustom internautów tam umieszczających swoje opinie, ale zawsze to jakiś miernik) i zobaczywszy wysoką średnią (8,19/10 w momencie gdy piszę tę recenzję), nastawiłem się bardzo pozytywnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Plusy? Może pomysł, wprawdzie trochę tu Taxi Drivera, trochę Batmana, trochę różnych innych filmów o samotnych mścicielach, ale ogólnie ma to jakiś potencjał. Z kolei Willem Dafoe dwoi się i troi, żeby dodać trochę od siebie dla swojej postaci. A postać ta jest napisana skrajnie karykaturalnie - agent FBI, homoseksualista, uwielbia muzykę klasyczną i operę, człowiek wszechwiedzący, na podstawie marginalnych poszlak od razu dochodzi do rozwiązania (prócz jednej sytuacji, po której idzie się upić). I biorąc pod uwagę to, co musi tutaj robić (w tym jedna scena w końcówce... ale to trzeba zobaczyć), należy się trochę szacunku. Facet wypełniający rolę włoskiego kumpla dwóch młodych Irlandczyków jakiś tam potencjał komiczny ma. Od strony technicznej twórcy też starają się coś ciekawego pokazać...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale to nie wychodzi. Już denerwujące cięcia we wstępie, podczas napisów drażnią, niszcząc (i tak &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://i77.photobucket.com/albums/j65/LunaStoneDesigns/LCR/T13/dafoe.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 200px; height: 176px;" src="http://i77.photobucket.com/albums/j65/LunaStoneDesigns/LCR/T13/dafoe.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;dość wątpliwy) komiczny charakter pierwszych ujęć. Fabuła to zlepek przeróżnych klisz zebranych z rozmaitych dokonań kina akcji (i to niekoniecznie nawet tych udanych), spojonych wątpliwymi motywacjami bohaterów. A ci, w ogromnej większości zagrani są przeciętnie, słabo, lub żenująco (szczególnie ciemnowłosy brat wypada tragicznie). Zresztą, skoro rolę w tym filmie dostał Ron Jeremy, to świadczy, że brali kogo się tylko dało, hehe. Dyskusyjny może być teledyskowy charakter wielu scenek, jednak jak dla mnie (w tym wypadku) ten zabieg służy tylko sztucznemu przedłużeniu ujęć, które lepiej wypadłyby w normalnym trybie narracyjnym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Największy minus tego filmu to absolutnie nieudana próba zrobienia strzelaniny "z przekazem".  Próba połączenia religii, problemu podwójnej moralności i ogólnie przestępczości zorganizowanej niszącej zachodnią cywilizację nie daje rezultatów w wyniku słabości realizacji tych pomysłów. Najmniejsza refleksja nie trafia do głowy, a nawet gdy pojawia się nadzieja, że jednak może być z tego coś więcej, pojawia się kolejna porcja klisz i żałosnych żartów. A już sama końcówka potwierdza, że to nie miała być w założeniu parodia (to by trochę wyratowało ten film) ,  ewentualnie można mówić o autoparodii w tym samym filmie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dobrych chęci twórcom nie można odmówić. Widać inspiracje Scorsese i Tarantino, trochę Luca Bessona z okolic Leona Zawodowca, jednak brak w tym mistrzowskiej ręki wyżej wymienionych twórców, tak więc zostajemy z filmem o pewnym potencjale, jednak totalnie spartaczonym. Da się to oglądać, ale nie ma w tym nic choćby niezłego. Spore ambicje dały mniej niż przeciętny efekt. Ogromny zawód.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak się zastanawiam - czy to ze mną coś nie w porządku? Skąd taka wysoka średnia ocen na filmweb.pl? Skoczyłem na rottentomatoes, żęby porównać, a tam... paręnaście procent pozytywnych recenzji. Uff, jednak nie jest ze mną tak źle.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocena: &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;4/10&lt;/span&gt; (za dobre chęci głównie, i pojedyncze udane momenty)&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/405536386192013273-624019595863827543?l=kontrolor.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kontrolor.blogspot.com/feeds/624019595863827543/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=405536386192013273&amp;postID=624019595863827543' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/405536386192013273/posts/default/624019595863827543'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/405536386192013273/posts/default/624019595863827543'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kontrolor.blogspot.com/2009/09/boondock-saints-recenzja-filmu.html' title='THE BOONDOCK SAINTS - RECENZJA FILMU'/><author><name>Márius Litevec</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02257976366786969563</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='19' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_aG0qeHOFrdg/SOdUhwnPfAI/AAAAAAAAAAM/VJ8TL-tfxeU/S220/ryj.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-405536386192013273.post-639521698327668353</id><published>2009-08-29T13:21:00.003+02:00</published><updated>2009-08-29T14:22:26.116+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ciężar'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='industrial'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Broadrick'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ambient'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='shoegaze'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='drone'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='dół'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Godflesh'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Jesu'/><title type='text'>JESU - JESU</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://ecx.images-amazon.com/images/I/414RZ3JG8RL._SS500_.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 250px; height: 250px;" src="http://ecx.images-amazon.com/images/I/414RZ3JG8RL._SS500_.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Justin K. Broadrick to już legenda na scenie muzyki, nazwijmy to, niezależnej. Najpierw jako twórca Final (początkowo zespół punkowy z automatem perkusyjnym, później ewoluował w stronę muzyki elektronicznej), perkusista Fall of Because (mocno inspirowany, jak sama nazwa wskazuje, wczesnymi dokonaniami wielkiego Killing Joke), trafił do Napalm Death, gdzie jako gitarzysta przyczynił się do nadania kształu nowemu gatunkowi ekstremalnego punk rocka, skrzyżowanego z riffami inspirowanymi twórczością m.in. szwajcarskiego Celtic Frost - grindcore'owi. Po nagraniu dema, które stało się stroną A albumu Scum, Justin ponownie zasiadł za zestawem perkusyjnym, tym razem w Head of David. Po dwóch latach, w 1988 roku, ruszył najważniejszy projekt muzyczny w życiu Justina K. Broadricka, którego działalność jest jednym z największych wydarzeń na scenie industrialnego metalu, a jego muzyka była inspiracją dla wielu późniejszych twórców (m.in. Danzig, Faith No More, Korn czy Ministry - dwa pierwsze zespoły nawet proponowały w swoim czasie Justinowi posadę gitarzysty, jednak ten konsekwentnie odmawiał przystąpienia do bardziej popularnych, ale także bardziej mainstreamowych kapel). Płyty takie jak Streetcleaner, Slavestate czy Selfless do dziś robią ogromne wrażenie (szczególnie ta pierwsza, ze swoją przytłaczającą, apokaliptyczną, odhumanizowaną atmosferą, takiej muzyki mógłby słuchać Arnold Schwarzenegger w Terminatorze, haha). W międzyczasie Broadrick udzielał się również w przeróżnym charakterze w wielu innych projektach, m.in. hip-hopowych (genialne Techo Animal czy Ice). W 2002 roku Godflesh przestaje istnieć, a w 2004 z kolei Justin powraca z nowym głównym projektem - Jesu. Płyta omawiana w tejże recenzji jest drugim wydawnictwem zespołu, zaś pierwszą "dużą" płytą (wcześniej wyszła dwuutworowa EPka - Heart Ache).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla nieprzygotowanego słuchacza na pewno może być to ciężkie przeżycie - muzyka jest powolna, dosyć ciężka, nie ma wielu zmian tempa, utwory długie, a wokal smutny, dośc monotonny, ogólnie atmosfera w sporym stopniu dołująca. Jeśli ktoś nie lubi takich elementów - na pewno nie podejdzie mu Jesu, czy w zasadzie jakikolwiek zespół reprezentujący pokrewne gatunki muzyczne. Czy jest to jednak wada? No nie, taka jest istota tegoż projektu, tak samo nie można winić Ice Cube'a za to, że rapuje, albo Immolation za to, że grają death metal - o to im właśnie chodzi. Cały skecz polega na tym, żeby utwory były dobre i osiągały zamierzony efekt. A czy tak jest w przypadku Jesu?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwsze co zwraca uwagę posiadacza albumu (chyba, że ktoś z empeczy jedzie, hehe), to świetna okładka, dwuwarstwowa, z charakterystycznym oknem. Bije od niej chłodem, który idealnie koresponduje z zawartością muzyczną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co do utworów, zaczynamy z Your Path to Divinity. W zasadzie nie będę tutaj powtarzał cech utworów zawartych w przedostatnim akapicie, bo te są wspólne dla całego albumu. A otwieracz nie jest czymś niezwykle dobrym - ot, przyzwoity numer, dający ogólny pogląd na sytuację - w przeciwieństwie do większości twórczości Godflesh jest tutaj łagodniej, a Justin śpiewa czystym głosem (i wychodzi mu to naprawdę dobrze). Wielu genialnych motywów w pierwszym kawałku jednak nie ma.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drugi numer to Friends Are Evil, i tutaj jest o wiele lepiej. Zarówno niesamowicie ciężki wstęp, przechodzący fajnym riffem do głównej części utworu, jak i bardzo dobre zwrotki, swoim klimatem przytłaczają. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;And all the stones I've thrown, they come back twice as strong. And all the stones I've thrown, tell me that nothing lasts.&lt;/span&gt; Smutne, prawda? Utwór zdecydowanie należy zapisać na plus.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejny kawałek to kolejne ponaddziewięciominutowe dzieło o smutku - Tired of Me. Tutaj tekst już jest wyjątkowo depresyjny - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;And I'm so tired of me, withered and unclean. I'm too blind to see, shit that is me.&lt;/span&gt; Hoho, nie ma żartów. Do tego bardzo ładne melodyjki tu i ówdzie przyczyniają się do obrazu rozpaczy. Ale nie nędzy i rozpaczy, co to, to nie. Bardzo dobry utwór, mój ulubiony na tym albumie - jest w tym coś magicznego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najkrótszy tutaj We All Faulter atmosferą się nie różni od reszty, ale nie jest tak dobry jak poprzednie dwa utwory. Zaczyna się co prawda dosyć godfleshowym w swojej naturze riffem, ale nakładające się później kolejne warstwy gitar nie dają aż takiego efektu. Zwrotki też nie są jakieś specjalne. Przyzwoicie, ale tylko tyle.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedenaście minut i dwadzieścia trzy sekundy - tyle liczy sobie najdłuższy na płycie utwór, Walk on Water. I tu jest dużo lepiej niż w najkrótszym We All Faulter. Świetna atmosfera, dobry wokal, bardzo ładne zwrotki. Bardzo dobry utwór, jeśli się wciągnąć, można się zapomnieć. A koło piątej minuty, gdy wszystko się wycisza i wokal wydobywa się jakby zza mgły - uszy lizać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sun Day jest drugi pod względem długości, ale jest odrobinę słabszy od poprzednika. Zaczyna się bardzo ładnie, elegancko wyłania się z ciszy niemal ambientownym motywem. Gitara pojawiająca się około minuty też bardzo w porządku. Wokal po raz kolejny skrojony tak, by brzmieć możliwie jak najbardziej melancholijnie, z ciekawym zastosowaniem pogłosu na końcu każdego wersu. Jednak mimo swojej niewątpliwie wysokiej jakości, w kategorii Ponaddziesięciominutowe kolosy nie jest aż tak hipnotyczny jak Walk on Water.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najbardziej Godflesh słychać w Man/Woman, i to jest zdecydowanie najostrzejsza potrawa dnia. Przesterowany krzyk, niemal growl, górujący nad tym ciężkim potworem. Dla konserwatywnych wielbicieli najlepszego projektu Justina to prawdziwa uczta, ja jednak przedkładam nad Man/Woman utwory numer dwa i trzy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Guardian Angel, podobnie jak utwór otwierający album, nie znajdzie się w czołówce moich ulubionych kawałkow na Jesu. Jako zamknięcie całości się sprawdza, jednak sam w sobie nie przyciąga uwagi i niewiele pozostaje w głowie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podsumowując, środek płyty zdecydowanie lepszy od brzegów. I tak jak jest tutaj kilka utworów bardzo dobrych, lub nawet genialnych, są też trochę gorsze, odpływające w stronę przeciętności. Jako całość jednak "pełnometrażowy" debiut Jesu się broni, to bardzo dobry album w swojej klasie, jakkolwiek nie rewelacyjny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocena: &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;8/10&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/405536386192013273-639521698327668353?l=kontrolor.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kontrolor.blogspot.com/feeds/639521698327668353/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=405536386192013273&amp;postID=639521698327668353' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/405536386192013273/posts/default/639521698327668353'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/405536386192013273/posts/default/639521698327668353'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kontrolor.blogspot.com/2009/08/jesu-jesu.html' title='JESU - JESU'/><author><name>Márius Litevec</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02257976366786969563</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='19' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_aG0qeHOFrdg/SOdUhwnPfAI/AAAAAAAAAAM/VJ8TL-tfxeU/S220/ryj.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-405536386192013273.post-2628691015615304456</id><published>2009-08-21T12:20:00.005+02:00</published><updated>2009-08-21T13:35:31.101+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='jesień'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wakacje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Slayer'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='krew'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='morderstwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ideał'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='skutery'/><title type='text'>SLAYER - REIGN IN BLOOD</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://ecx.images-amazon.com/images/I/61%2BHgZFJa0L._SS500_.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 250px; height: 250px;" src="http://ecx.images-amazon.com/images/I/61%2BHgZFJa0L._SS500_.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;No to lecimy! W 1986 pod okiem producenta Ricka Rubina kwartet z Kalifornii nagrał swój zdecydowanie najważniejszy i najlepszy album. Po udanym debiucie oraz jeszcze lepszej drugiej płycie (oba albumy wzbudzały oczywiście ogromne kontrowersje ze względu na liczne odniesienia do satanizmu - oczywiście, to zawsze był tylko wizerunek mający współgrać z ekstremalnie brzmiącą muzyką, jak wszyscy wiedzą wokalista, Tom Araya, jest na codzień dość pobożnym katolikiem, jak przystało na imigranta z Chile), zespół znalazł się w ścisłej czołówce nowej gałęzi metalu - thrashu. Obok takich formacji jak Metallica (wówczas już z trzema albumamy na koncie, w tym z genialnym Ride the Lightning oraz doskonale przyjętym Master of Puppets), Megadeth (na koncie debiut, a miesiąc po Reign in Blood wyszedł ich opus magnum - Peace Sells... But Who's Buying?) czy Exodus przewodzili kalifornijskiej scenie, podczas gdy w Nowym Jorku dominował Anhrax, a wczesne albumy nagrywał Overkill. Nowy gatunek miał już swoje charakterystyczne brzmienie, oparte na heavy metalowych podstawach danych przez takie zespoły jak Judas Priest, Iron Maiden, Diamond Head, Venom, Motorhead, a wcześniej Black Sabbath, skrzyżowany z punkowym szaleństwem, czerpanym garściami przez młodych buntowników z Bay Area. Popularność zespołów rosła, lecz podczas gdy Metallica czy Anthrax z każdym kolejnym albumem brzmieli bardziej mainstreamowo (co nie jest absolutnie zarzutem), Slayer postanowił zrobić coś innego - po szorstkiej Hell Awaits, która przy całej swojej ekstremalności była pełna długich, niemal progresywnych w swojej strukturze numerów, przyszedł czas na maksymalnie skoncentrowaną zawartość. I wyszło rewelacyjnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Album otwiera Angel of Death, który jest chyba jednym z najbardziej rozpoznawalnych (jeśli nie w ogóle najbardziej rozpoznawalnym) numerem Slayera. Utwór opowiada o wybrykach "doktora" Josepha Mengele w obozie Auschwitz-Birkenau, co wraz z hobby Jeffa Hannemana, który kolekcjonował pamiątki z III Rzeszy, spowodowało falę oskarżeń o sympatyzowanie z ideologią nazistowską. Oczywiście jest to bzdurą, ale jak doskonale wiadomo, wielu ludzi uwielbia dosłownie interpretować, lub nawet nadinterpretować teksty zespołów muzycznych, a także puszczać utwory od tyłu, w poszukiwaniu ukrytych treści, żeby tylko znaleźć sobie wroga, którego można oskarżać o całe zło na świecie (nawiązując do poprzedniej recenzji - wszyscy znamy przykład Stairway to Heaven). Sama strona muzyczna zaś to coś naprawdę wielkiego - gitary wyłaniają się na początku, szykując się do ataku, czekając na sygnał dany przez wrzask Toma Arayi (coś podobnego było na debiucie, z tym, że tutaj brzmi to zdecydowanie lepiej). Szaleje Dave Lombardo, jego przejścia nigdy się nie nudzą. A środkowa, wolniejsza sekcja, z jednym z najlepszych metalowych riffów w historii zawsze wywiera na mnie ogromne wrażenie. Podobnie jak solowa partia perkusji w końcówce. Palce (i uszy) lizać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z kolejnych siedmiu utworów żaden nie przekracza trzech minut długości. Wszystko jest maksymalnie skoncentrowane, gdy utwór się rozkręca to zatrzymać go tylko może... początek następnego. Kawałek numer dwa, Piece by Piece, jest utrzymany w dość średnim tempie, w porównanie do zdecydowanej większości albumu, ma chwytliwy refren, świetne intro, i ciekawe przyspieszenie Arayi przed ostatnim powtorzeniem refrenu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Necrophobic to minuta i czterdzieści sekund rozpoczynające się niespokojnym riffem, który, gdy perkusja daje znak, przechodzi w niesamowicie szybki, agresywny utwór, z ciekawą partią z solówkami (idealnie pasującymi do szaleńczego charakteru Necrophobic). A końcówka to już w ogóle mistrzostwo - dodatkowe zagęszczenie, prowadzące do krzyku Toma i w końcu skandowane &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Necrophobic, can't control the paranoia, scared to die&lt;/span&gt;. I koniec. Mniam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Altar of Sacrifice zaczyna się prawie marszowym nabiciem, przechodzącym w klasyczny thrashowy utwór Slayera, z tekstem nawiązującym do pierwszych dwóch płyt. Sama kompozycja jest bardzo ciekawa - zwrotka, refren, solo, ponownie refren i po słowach &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Enter to the realm of Satan&lt;/span&gt; następuje druga, jeszcze lepsza, bujająca część Altar of Sacrifice. Utwór zwalnia na końcu, przechodząc płynnie w intro do...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;...Jesus Saves. Spokojne riffowanie na początek (motyw pojawiający się około trzydziestej piątej sekundy wyjątkowo przypadł mi do gustu), w pewnym momencie zaburzony przez chaotyczny, nerwowy riff, po czym Dave Lombardo zaczyna się napędzać, rozpoczynając kolejny pokaz szybkości (z naciskiem na refren, w którym Tom Araya wypluwa z siebie tekst z prędkością dobrego ckm'u).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejny numer, Criminally Insane zaczyna się cicho, sama perkusja, która w pewnym momencie łamie rytm i reszta instrumentów, aż w końcu wokalista wchodzi z tekstem - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Night will come and I will follow, for my victims no tomorrow&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;. Utwór zaczyna się tym samym tekstem, którym się kończy, a środkowa partia to, tradycyjnie już na Reign in Blood, bardzo szybka praca muzyków, zwalniająca pod koniec. Bardzo solidny numer.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mniej zmian tempa jest w Reborn, który przez ponad dwie minuty nieustannie atakuje. Kompozycja też prosta, oparta na zwrotce i refrenie, z solówkami pod koniec. Standardowy, ale chwytliwy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Epidemic jest wolniejszy (ale to oczywiste, niewiele utworów nie jest, nawet na tym albumie) od Reborn, bardziej zróżnicowany, z bardzo dobrym riffem w końcówce, gdy utwór wyraźnie się wycisza i zwalnia. To ostatni kawałek z tej "krótkiej siódemki", prowadzący do dwóch kawałków kończących płytę, a które stały się na zawsze integralną częścią koncertów Slayera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Postmortem to najwolniejszy numer na płycie, z genialnymi riffami, niemal marszowym początkiem, refrenem wychodzącym płynnie ze zwrotki. Druga strofa jest przedzielona dodatkowymi gitarowymi smaczkami, dodatkowo podnosząc jakość tegoż numeru. Po drugim refrenie, zakończonym przez Toma Arayę krzykiem w dość wysokich rejestrach, oraz po ponownym odegraniu intra, atmosfera się zagęszcza, kolejny motyw brzmi szarpiąco, bardziej chaotycznie, a gdy się kończy i wybrzmiewa, wchodzi ostatnia partia utworu - i tutaj dopiero jest szybko! Kompozycja ze świetnymi pomysłami, rozwijająca się, mogłaby się znaleźć na Hell Awaits, z tą różnicą, że to utwór lepszy od większości tych z poprzedniego albumu. Na koniec nie można zapomnieć, o tym, że po zakończeniu Postmortem rozpętuje się burza. I to dosłownie - słychać grzmot i silną ulewę, a wśród sprzężeń gitarowych i dudniących, trzykrotnych uderzeń Lombardo czai się ostatni utwór...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Raining Blood. Riff, który wyłania się z tej burzy jest moim ulubionym na tej płycie, jak również w całej dyskografii Slayera. W ogole, to co wyróżnia ten utwór, to RIFFY - jest zdominowany przez gitary, wokalu jest stosunkowo mało, jednak świetnie współistnieje z resztą instrumentów, gdy już się pojawia. Żeby oddać sprawiedliwość Raining Blood musiałbym praktycznie każdy kolejny riff analizować osobno i wymyślać miliony epitetów, które określiłyby ich wspaniałość. Pozostawię więc opis tego utworu w tym miejscu, jednym słowem określając ostatni numer na Reing in Blood - perfekcja. I znowu grzmot i deszcz, aż do całkowitego wyciszenia... Ciekawostka: cover tegoż utworu nagrała m.in. Tori Amos, ale gdyby nie tekst, możnaby się nie zorientować, hehe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Slayer zrobił ogromny krok naprzód. I to zarówno w stosunku do pierwszych dwóch albumów, jak i do konkurencji. Wraz z dwoma innymi dziełami z tego roku, Darkness Descends zespołu Dark Angel, oraz Pleasure to Kill niemieckiego Kreatora, Reign in Blood stanowi fundament nie tylko dalszego rozwoju thrashu, ale czegoś więcej - na tym fundamencie powstał bardziej ekstremalny gatunek - death metal. Szybkość, chwytliwość riffów i motywów wokalnych, doskonała postawa Dave'a Lombardo, znakomita produkcja Ricka Rubina (przy całej swojej bezlitosnej zawartości brzmi czysto, klarownie, wszystko słychać), oraz oczywiście rewelacyjne kompozycje (mniej lub bardziej skomplikowane, jednak, mimo znacznej szybkości i gęstości grania, każda ma swój niepowtarzalny, indywidualny charakter). Najlepszy album thrashowy, wzór do naśladowania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocena: &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;10/10&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. Jak na razie potwornie dużo wysokich ocen. Ale spokojnie, na niższe też nadejdzie pora...&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/405536386192013273-2628691015615304456?l=kontrolor.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kontrolor.blogspot.com/feeds/2628691015615304456/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=405536386192013273&amp;postID=2628691015615304456' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/405536386192013273/posts/default/2628691015615304456'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/405536386192013273/posts/default/2628691015615304456'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kontrolor.blogspot.com/2009/08/slayer-reign-in-blood.html' title='SLAYER - REIGN IN BLOOD'/><author><name>Márius Litevec</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02257976366786969563</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='19' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_aG0qeHOFrdg/SOdUhwnPfAI/AAAAAAAAAAM/VJ8TL-tfxeU/S220/ryj.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-405536386192013273.post-31284542184227079</id><published>2009-08-17T21:24:00.005+02:00</published><updated>2009-08-18T00:01:25.766+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='mandolina'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Bonham'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='folk'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='plagiat'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='schody'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Plant'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Zeppelin'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Jones'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='rock'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Page'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='perkusja'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='cover'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='blues'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='gitara'/><title type='text'>LED ZEPPELIN -</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/7/77/LedZeppelinFourSymbols.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 250px; height: 250px;" src="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/7/77/LedZeppelinFourSymbols.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Reaktywacja bloga nadeszła! A przełamaniu niemocy twórczej pomóc ma kolejna z moich "płyt życia". Na, dawno już obiecywane, Reign in Blood oraz dwie pozostałe płyty z Top 3 Monster Magnet, czas przyjdzie niebawem, i to dość szybko, bo to aż wstyd tak zwlekać. Tymczasem jednak absolutna klasyka rocka, muzyki w ogóle. W zasadzie Ameryki nie odkryję, same banały będą latać w całym tekście, bo wszystko zostało już powiedziane i zrobione w milionach recenzji, artykułów, publikacji i analiz. Nic to jednak, wyjątkowe płyty mają w moim sercu (jak i uszach, hehe) wyjątkowe miejsce i będzie to uwidocznione na tymże blogu. A o jaką płytę chodzi? O album bez tytułu - Four Symbols, The Fourth Album, Zoso, Untitled, Runes... albo po prostu - Led Zeppelin IV.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po dobrym, aczkolwiek przyjętym z niejakim rozczarowaniem i powściągliwymi recenzjami trzecim albumem zespołu, zorientowanym na folk-rock, Plant, Page, Jones i Bonham, którzy pierwszymi dwiema płytami wstrząsnęli światem muzyki rozrywkowej, wraz z Black Sabbath oraz Deep Purple dodając ciężaru do wyrastającego z bluesa rock'n'rolla lat 60-tych, stanęli przed dość trudnym zadaniem - w jaką stronę pójść? Wrócić do bardziej bluesowych początków, dalej brnąć w folk? No i wydumali - znaleźli złoty środek, zarówno pod względem doboru kompozycji, jak i wartości każdej z nich.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaczyna się mocnym uderzeniem - Black Dog. Dziwne intro, po czym wchodzi Robert Plant &lt;span style="font-style: italic;"&gt;a capella&lt;/span&gt;, a gdy kończy frazę, Jimmy Page kradnie utwór jednym z najlepszych riffów, jakie w życiu słyszałem. I taki jest ten utwór - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;stop-and-go action&lt;/span&gt;, jakby to stwierdzili użytkownicy języków anglosaskich. Plant i Page pojedynkują się, wokal i gitara uzupełniają się wspaniale, utwó zwalnia i przyspiesza, momentami daje chwilę wytchnienia, by potem zaatakować z całą mocą. Fantastyczne, otwieracz lepszy od Immigrant Song, a nawet od Whole Lotta Love. Ale czy dalej będzie tak samo dobrze?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rock and Roll - tytuł prosty, tak jak i sam utwór w zasadzie, oparty na dwunastotaktowym bluesowym pochodzie akordów. Prosty, ale jakże energiczny, ze szczyptą typowo zeppelinowskiej wrażliwości. Bez fajerwerków, ale od razu słychać, co to za zespół. Bardzo udany romans z rock and rollem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejny na liście utwór po prostu płynie, naturalnie, przepięknie jednym słowem. Zeppelini wracają do folk rocka (z przewagą folku w zasadzie) z III, duet gitary akustycznej i mandoliny odzwierciedlony jest w liniach wokalnych duetu Plant - Sandy Denny. Wokalistka Fairport Convention jest naprawdę wspaniałym dodatkiem do tego albumu, a w tym utworze przyczynia się do stworzenia prawdziwej magii. Kolejne motywy przenikają się, uzupełniają, wszystko do siebie pasuje, a wokal męski i damski w zasadzie nie bardzo się różnią (hehe). Jak dla mnie - samo The Battle of Evermore jest lepsze od większości płyty Led Zeppelin III, nastawionej głownie na folkowe utwory. Ścisła czołówka w karierze LZ w ogóle.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stairway to Heaven? Słabizna, jeden z najgorszych utworów wszech czasów, nic dziwnego, że nikt tego dzisiaj nie pamięta. Nudny, w ogóle się nie rozwija, w ciągu ośmiu minut dzieje się ciągle to samo...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A teraz odwróćcie sens powyższego stwierdzenia i dostaniecie prawdę. Problem polega na tym, że jeśli o czwartej płycie Zeppków powiedziano już wszystko, to o Stairway to Heaven powiedziano właściwie za dużo, nie ma tutaj nic do dodania. Nie zmienia to faktu, że wszelkie pochwały sa jak najbardziej zasłużone, piękne motywy gitarowe znają wszyscy, linie wokalne z zagadkowym, przedziwnym tekstem również. Jednak to, co czyni ten numer wyjątkowym jest naturalne, płynne narastanie napięcia, dodawanie kolejnych, coraz bardziej dynamicznych i ciężkich motywów, aż do przejęcia ciężaru przez Page'a we wspaniałej, klasycznej solówce. A ten finał - rewelacja. Kanon rocka (zupełnie jakby ktoś nie wiedział, hehe). Przereklamowany? W żadnym wypadku, ewentualnie można powiedzieć, że odrobinę "zarżnięty" przed te wszystkie lata, ale nawet mimo to broni się doskonale.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejne trzy utwory pozostają jakby w cieniu reszty albumu, ale nie można dać się zwieść - to także wspaniale numery. Pierwszy z nich, Misty Mountain Hop, to skoczny, wesolutki numer z sympatycznym riffem i tekstem o marihuanie i motywach z Tolkiena - czyli to, co Zeppelini lubią najbardziej. Bardzo dobry, lżejszy w formie i treści kawałek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Four Sticks zawdzięcza nazwę Johnowi Bonhamowi - to właśnie perkusista zespołu jest tutaj głównym aktorem. Używając dwóch zestawów pałek jednocześnie i mieszając podziałami rytmicznymi nadaje kompozycji niepowtarzalny charakter. Trochę może denerwować maniera Planta w refrenie, ale mimo, że to chyba najsłabszy kawałek na ZOSO, to ciągle trzyma dobry poziom.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracamy do folk rocka, tym razem spokojna balladka Going to California, najkrótszy numer w zestawie, działający kojąco po dziwacznym Four Sticks, wszystko gra jak należy, napięcie rośnie i wraca do normy gdy Plant wchodzi w wyższe rejestry. Ale to tylko przygrywka do...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;When the Levee Breaks. To dopiero kolos. Oparty na bluesowym numerze z 1929 roku o wielkiej powodzi spowodowanej przez rzekę Mississippi, ten kawałek jest zdecydowanie moim ulubionym z całej dyskografii zespołu. Charakterystyczny, samplowany m.in. przez Beastie Boys motyw perkusyjny, nagrywany... na klatce schodowej (Bonham na samym dole, mikrofony dużo wyżej), nadaje niepowtarzalnego charakteru niespokojnym riffom tego utworu. Dwie zwrotki prowadzą do momentu, w którym dowództwo na chwilę obejmuje Page, lecz za chwilę na świetny motyw gitarowy nakładają się moje ulubione wokalizy Planta... Jak dla mnie - nie powstało wiele momentów lepszych w muzyce rockowej od środkowej części When the Levee Breaks. A utwór jako całość powala mnie za każdym razem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie tylko w opinii wielu krytyków, zagorzałych fanów Zeppelin, a także ludzi ogólnie zainteresowanych muzyką, ale także według mnie Czwórka to największe osiągnięcie tego niezwykle istotnego zespołu, a Black Dog, The Battle of Evermore czy When the Levee Breaks pokazują, że chłopaki potrafili znaleźć się zarówno w niemal metalowych riffach, folkowych kompozycjach o onirycznym charakterze, jak i bluesowych klasykach. Wielki pokłon z mojej strony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocena: &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;10/10&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/405536386192013273-31284542184227079?l=kontrolor.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kontrolor.blogspot.com/feeds/31284542184227079/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=405536386192013273&amp;postID=31284542184227079' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/405536386192013273/posts/default/31284542184227079'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/405536386192013273/posts/default/31284542184227079'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kontrolor.blogspot.com/2009/08/led-zeppelin.html' title='LED ZEPPELIN -'/><author><name>Márius Litevec</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02257976366786969563</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='19' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_aG0qeHOFrdg/SOdUhwnPfAI/AAAAAAAAAAM/VJ8TL-tfxeU/S220/ryj.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-405536386192013273.post-7261771019620350067</id><published>2009-03-21T00:15:00.007+01:00</published><updated>2009-08-29T14:14:57.189+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='szaleństwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='trening'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Taxi Driver'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Scorsese'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Keitel'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Nowy Jork'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='lustro'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='morderstwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='De Niro'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='socjopata'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Foster'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='prostytucja'/><title type='text'>TAXI DRIVER</title><content type='html'>Czas na pierwszą recenzję filmu na tym blogu! Początkowo miałem w planach rozpocząć opisem innego dzieła, jednak po tym, jak niedawno dwukrotnie odswieżyłem sobie obraz Martina Scorsese z 1976 roku, postanowiłem właśnie ten film poddać analizie.&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;Travis Bickle (Robert De Niro) to weteran wojny w Wietnamie. Po powrocie z frontu nie może dostosować się do życia w społeczeństwie. Cierpi na bezsenność, w dzień zabija czas w kinach porno, zaś w nocy jeździ bez celu po mieście, metrem i autobusami. Postanawia więc, że zostanie taksówkarzem w godzinach nocnych, bo w końcu, jak sam stwierdza, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;I might as well get paid for it&lt;/span&gt;. Wykonując pracę obserwuje z nieukrywaną pogardą i obrzydzeniem nocne życie Nowego Jorku - narkomani, prostytutki i alfonsi, złodzieje, margines społeczny. Marzy o "deszczu, który zmyje szumowiny z ulicy".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pewnego dnia zauważa w biurze komitetu wyborczego kandydata na prezydenta, Charlesa Palantine'a, kobietę. Wydaje się być aniołem, na tle brudnego społeczeństwa - ubrana na biało, atrakcyjna blondynka. Jakiś czas później wchodzi do biura pod pozorem zainteresowania kampanią Palantine'a. Udaje mu się zaprosić Betsy (bo tak ma na imię) na kawę. Travis urzeka ją swoją otwartością i szczerością. Betsy daje się namówić na wyjście do kina. &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://thisdistractedglobe.com/wp-content/uploads/2007/03/Taxi%20Driver.png"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 301px; height: 171px;" src="http://thisdistractedglobe.com/wp-content/uploads/2007/03/Taxi%20Driver.png" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;W nocy, w swojej taksówce ma do czynenia z dwoma osobami - najpierw przewozi Palantine'a, który w rozmowie z Travisem stwierdza, że wyczyszczenie ulic Nowego Jorku "nie będzie łatwe". Później do samochodu wchodzi, grana przez młodą Jodie Foster, dwunastoletnia prostytutka. Travis nie reaguje na jej prośbę o pomoc i odjechanie, wyraźnie zdezorientowany sytuacją, przez co stręczyciel (Harvey Keitel), ma czas na "przekonanie" swej podopiecznej do powrotu na ulicę. Tytułowy taksówkarz gapi się z obrzydzeniem i wyrzutami sumienia na zmięty banknot, który rzucił mu "za fatygę" alfons. Następnego wieczora ma miejsce randka Travisa i Betsy. Tutaj wychodzi niestety na jaw absolutne nieprzystosowanie się Travisa Bickle'a do życia między ludźmi - nie wiedząc, jak traktować kobietę, zaprasza ją do kina porno, do którego sam uczęszcza. Nie dziwi oburzenie Betsy, która po tym incydencie zrywa z nim kontakt, uważając go za człowieka niebezpiecznego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powyższe doświadczenia, jak również uczestnictwo w śledztwie zdradzanego przez żonę brodatego pasażera (w tej roli sam reżyser), sprawiają, że w Travisie coś pęka i postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Wprowadza w życie plan treningu, mający poprawić jego kondycję i siłę. Kupuje też broń, opracowuje sprytne sposoby na błyskawiczne jej wyciągnięcie w razie potrzeby. A wszystko to, by dokonać zamachu na... Charlesa Palantine'a, którego uważa za winnego zarówno wszechobecnej przestępczości i zgnilizny moralnej, jak również za to, że Betsy się od niego odwróciła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed wprowadzeniem w życie planu zabójstwa nawiązuje kontakt z młodocianą prostytutką. Iris, bo tak ma na imię, wydaje się być albo nieświadoma swojej sytuacji, albo nawet oswojona z nią. Mówi, że Matthew, jej opiekun, "broni ją przed samą sobą", za nic nie chce wrócić do domu w Pittsburghu. Travis jednak pozostawia jej trochę pieniędzy, pisząc, że w chwili, gdy będzie czytać jego słowa - nie będzie już żył.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z nową fryzurą, w pełni uzbrojony udaje się na wiec wyborczy Palantine'a. Oklaskuje go z cynicznym uśmiechem, po czym zbliża się wyciągając powoli broń. Zostaje jednak dostrzeżony przez członków obstawy kandydata, którzy rzucają się za nim w pościg. Travisowi udaje się jednak zbiec z miejsca zdarzenia. Niezadowolony z takiego obrotu wydarzeń, postanawia obrać inny cel - Matthew i jego współpracownika. W wyniku strzelaniny zabija obu z nich, a także klienta Iris, lecz zostaje ciężko ranny - jeden pocisk przeszywa mu szyję, drugi trafia w ramię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wydawałoby się, że nawet gdyby jakimś cudem przeżył postrzał w szyję i nie wykrwawił się na amen, powinien trafić za kratki - w końcu zabił trzech ludzi. A zabójstwo nawet w dobrej wierze pozostaje zabójstwem. Końcowe sceny jednak pokazują najbardziej optymistyczny dla Travisa wariant, jaki mógłby sobie wyobrazić - wykurował się, został obwołany w prasie "bohaterem", jego ścianę zdobią wycinki z gazet i list od wdzięcznych rodziców Iris, koledzy w pracy zaczynają darzyć go sympatią i szacunkiem, a jakby tego było mało - Betsy, która jest ostatnią pasażerką taksówki w tym filmie, jest zafascynowana jego odwagą i poświęceniem dla ratowania młodziutkiej dziewczyny. Travis nie obciąża Betsy kosztami jazdy i odjeżdża spokojnie na ulice Nowego Jorku... Czy aby na pewno? Ostatnie, co widzimy w tym filmie, to dwa dziwne ujęcia - Travis oglądający się nerwowo w przednie lusterko, a potem ujęcie na samo lusterko, w którym najpierw widzimy oczy Travisa, które następnie znikają...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Patrząc na ten film bez większej analizy, mamy do czynienia z historią socjopatycznego taksówkarza, człowieka ewidentnie nieprzystosowanego do życia w społeczeństwie, z zaburzeniami zapewne wynikającymi ze złych przeżyć podczas operacji wojskowej w Wietnamie. Nie umie poradzić sobie z kobietą, która jest dla niego atrakcyjna, nie zdaje sobie również sprawy z pewnych granic dotyczących walki ze złem tego świata, których przekroczenie oznacza przekroczenie przepisów prawa, zarówno tego kodeksowego, jak i moralnego. Dlaczego więc został na końcu nagrodzony? O co chodzi na samym końcu? Co zobaczył Travis?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zacznijmy od początku - uczucia Travia wobec marginesu nie dziwią, na pewno wielu ludzi często myśli w podobny sposób. Może szokować natomiast pomysł wybrania się na randkę z nowopoznaną dziewczyną do kina, w którym wyświetlane są filmy pornograficzne. Travis, małomówny, wyobcowany od społeczeństwa nie wie, że Betsy, którą uważa za bratnią duszę, w rozmowie z która wyczuł, że jest między nimi "łączność", może uznać to za nietakt, mało tego, za przyczynę, dla której nie należy dalej spotykać się z nim. Trudno sobie wyobrazić "porządną" kobietę, która postąpiłaby w inny sposob niż Betsy. Dla Travisa jednak to odrzucenie oznacza nic innego jak to, że kobieta, którą był zauroczony, tak naprawdę nie różni się od reszty znienawidzonego społeczeństwa. Widz, który widzi, że popełniona przez Travisa gafa nie wynika z jego złej woli, lecz z niewiedzy, żałuje, że tak się to skończyło. Fakt, że w wielkim stopniu wini za swoje niepowodzenie pracodawcę Betsy, Palantine'a, posuwając się aż do zamachu, sprawia jednak, że my również uznajemy Travisa za groźnego wariata, niebezpiecznego dla społeczeństwa. Gdyby zamach mu się udał, bądź gdyby został złapany przez ochronę, na pewno byłby wymieniany jednym tchem z Johnem Wilkes Booth'em czy Lee Harvey Oswaldem. Tak jednak się nie dzieje, a wręcz przeciwnie, co widzimy w końcówce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wątek Iris to kolejna sprawa - wyrzuty sumienia po sytuacji w taksówce sprawiają, że los młodocianej ulicznicy staje się jednym z priorytetów w życiu Travisa. Stwierdza on nawet, w swoich myślach, że odnalazł cel swojej egzystencji na tym świecie - pomoc w ucieczce Iris z powrotem do domu. Jednak w rozmowie z samą zainteresowaną widać, że tak naprawdę Iris nie pragnie pomocy, wydaje się nawet, że nawiązała więź emocjonalną z Matthew, swoim alfonsem. Gdy Travis mowi o nocy, podczas której Iris probowała sama uciekać, ta stwierdza, że "prawdopodobnie była naćpana". Jak ocenić zatem postępowanie Travisa? Znów, chęci dobre. Matthew żerował na łatwowierności Iris, wykorzystywał jej naiwność dla własnych celów, motywacja Travisa jest jak najbardziej słuszna. Jednak decyzja o zabiciu Matthew i dwóch pozostałych mężczyzn? Historia zna wiele przykładów linczy i samosądów, często ludzie brali sprawy w swoje ręce. Zwykle jednak nie ocenia się takich akcji pozytywnie. Czy szlachetna pobudka jest wystarczającym pretekstem do popełnienia morderstwa z zimną krwią? Czy należy pochwalić Travisa, nie pozostającego obojętnym na los Iris, czy też potępić samosąd? W świetle prawa, Travis popełniając morderstwo sam staje się przestępcą. Czy było warto? O tym zdecyduje to, jaką interpretację zakończenia wybierzemy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tu dochodzimy do najbardziej kontrowersyjnego aspektu obrazu - epilog. Travis zdrowy, uznany za bohatera, Betsy powraca do niego. Czy coś takiego mogłoby się zdarzyć naprawdę? Z tego, co udało mi się przeczytać, w latach 70-tych Nowy Jork był do tego stopnia pełen przestępczości, że często policja wypuszczała niektórych przestępców, bądź też przymykała na niektóre sprawy oko, czy to z powodu natłoku zajęć, czy też korupcji (o tym aspekcie traktuje bardzo dobry film &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Serpico&lt;/span&gt; z Alem Pacino). Dlaczego więc nie mieliby zwolnić bohatera, człowieka, który uratował małą dziewczynkę z rąk zboczeńców? Iris mogła nawet zeznać, że Travis działał w obronie własnej, a Matthew i dwaj pozostali byli agresorami w tej sytuacji. Dlaczego nie? Zabił w końcu ludzi o złej reputacji, świadków (poza Iris) nie było. Po tym zdarzeniu wszyscy nagle go kochają, a on sam wydaje się być znacznie bardziej "wyluzowany". Czy koledzy z pracy i Betsy nie powinni się wręcz obawiać człowieka, który był gotów zabić trzy osoby? Czy są też może na tyle "wyprani" przez środki masowego przekazu, że informacje o jego bohaterstwie sprawiają, że zmienia się ich stosunek do Bickle'a? Jeśli tak postawić sprawę, to również wydaje się sensowne. Takie rozwiązania obnaża słabość instytucji bezpieczeństwa publicznego, wpływ mediów na życie obywateli, jak i głupotę tychże, gotowych uwierzyć we wszystko, co zostanie im podane przez gazety i telewizję. Gdy wydaje się, że Travis "znormalniał", nasze wrażenie zostaje rozmyte przez ostatnie ujęcia - taksówkarz znów coś zauważył, coś, co sprawia, że znów chce wziąć sprawy w swoje ręce - mogą zginąć kolejni ludzie, może tym razem niewinni?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Druga opcja, mniej optymistyczna (chociaż jak widać w poprzednim akapicie, wersja "dosłowna" jest tylko pozornie optymistyczna), zakłada, że Travis umiera po strzelaninie, wykrwawiając się na kanapie. Widzimy jak kamera unosi się nad ciałem Travisa i "leci" ponad ludźmi obserwującymi miejsce zdarzenia aż na ulicę. Czy kolejne sekwencje to myśli, marzenia umierającego taksówkarza? To również bardzo interesujące rozwiązanie, w sumie nawet wygodniejsze, wymagające mniejszej ilości założeń do zaakceptowania. Travis swego czasu myślał, że randka w kinie porno sprawi Betsy przyjemność. Teraz mamy do czynienia z podobną sytuacją, wynikającą z niezrozumienia ludzi - myśli, że potrójne zabójstwo w obronie Iris zaimponuje ludziom, w tym Betsy. Travis Bickle wyobraża sobie świat, w którym jest bohaterem, czuje się w nim komfortowo, ma nadzieję, że dzieje się to naprawdę, jednak mamy do czynienia z pewnymi wskazówkami, które przemawiają za tym, że to tylko wyimaginowany scenariusz. Podczas rozmowy z Betsy w taksówce Travis wspomina, że po strzelaninie ze wszystkich urazów pozostała "lekka sztywność" - trup? Praca kamery podczas jazdy też jest dosyć szczególna - Betsy widzimy tylko w przednim lusterku, zaś w ujęciu od przodu, gdy widzimy Travisa i sporą część tylnego siedzenia - nie. Może to nadinterpretacja, jako że zaraz po tym widzimy, jak Betsy, gdy już wysiadła z taksówki, stoi obok Travisa w kadrze. Wówczas jednak Bickle ani nie pobiera opłaty, ani nie odzywa się ani słowem. I tu znowu kwestia ostatniego ujęcia - czy Travis nagle widzi, że jego odbicie w lusterku znika - umiera?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Możemy też pójść o krok dalej i przyjąć inna interpretację - jakkolwiek odrobinę naciąganą. Może cały film, począwszy od sceny z udziałem Scorsese, to wytwór wyobraźni Travisa Bickle'a? Sfrustrowany, wyobraża sobie swoje przeistoczenie w superbohatera, silnego fizycznie, zabijającego złych ludzi, ratującego dziewczynkę, która miał okazję uratować całkiem niedawno, wreszcie odzyskującego ukochaną. Czy to postawa brodatego dżentelmena, postanawiającego wziąć sprawy w swoje ręce (chce zabić żonę i jej kochanka-Murzyna) inspiruje Travisa do tych wyobrażeń? Czy to Scorsese w przewrotny sposob "reżyseruje" umysł bohatera swojego filmu? Może w tej sytuacji Travis Bickle "budzi się" na końcu w niezmienionej rzeczywistości po napadzie schizofrenii?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest to zdecydowanie film dający do myślenia, otwarty na interpretacje. Inteligentna reżyseria Scorsese, świetna, klimatyczna muzyka, jak i bohater, rewelacyjnie zagrany przez Roberta De Niro w jednej z jego najlepszych kreacji aktorskich, sprawiają, że Taxi Driver do dzisiaj broni się doskonale.&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://api.ning.com/files/vL2eRn1SH7jp2YBxBcV1g2f2D61AEHxvdFGj6*RUhjM_/Taxi_Driver_still_1.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 300px; height: 165px;" src="http://api.ning.com/files/vL2eRn1SH7jp2YBxBcV1g2f2D61AEHxvdFGj6*RUhjM_/Taxi_Driver_still_1.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; Nie ma tu może wartkiej akcji (aż do kulminacyjnego rozprawienia się z postacią graną przez Harveya Keitela), lecz pod względem budowania obrazu głównego bohatera, przedstawienia jego sposobu pojmowania rzeczywistości, pod względem psychologicznym - jest to majstersztyk. Obraz o samotności, szaleństwie, krytyka zarówno sytuacji w Nowym Jorku lat 70-tych, jak również wojny w Wietnamie - Travis to w końcu weteran ze zniszczoną psychiką. Film zyskuje przy ponownym obejrzeniu, zaś wiele scen i cytatów (trening, pozowanie z bronią przed lustrem, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;you talkin' to me?!&lt;/span&gt;) weszło na stałe do historii kina. Zdecydowanie polecam - jest to jeden z moich ulubionych filmów. A pomyśleć, że na gali rozdania Nagród Akademii Taxi Driver przegrał z Rockym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocena: &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;10/10&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ulubiony cytat: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Listen you fuckers, you screwheads, here's a man who would not take it anymore, who would not let... Listen you fuckers you screwheads, here's a man who would not take it anymore, a man who stood up against the scum, the cons, the dogs, the filth, the shit. Here is someone who stood up. Here is...&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;Ciekawostka: w 1981 roku miał miejsce nieudany zamach na prezydenta USA, Ronalda Reagana&lt;span style="font-style: italic;"&gt;. &lt;/span&gt;Jego autorem był John Hinckle Jr., który przyznał się do inspiracji postacią Travisa Bickle'a. Mało tego, próby zamachu dokonał, by... zaimponować Jodie Foster, wówczas studentce Yale, której oprócz tego wysyłał liczne listy miłosne, a nawet próbował kontaktować się telefonicznie. Ze względu na chorobę psychiczną został uniewinniony.&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/405536386192013273-7261771019620350067?l=kontrolor.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kontrolor.blogspot.com/feeds/7261771019620350067/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=405536386192013273&amp;postID=7261771019620350067' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/405536386192013273/posts/default/7261771019620350067'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/405536386192013273/posts/default/7261771019620350067'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kontrolor.blogspot.com/2009/03/taxi-driver.html' title='TAXI DRIVER'/><author><name>Márius Litevec</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02257976366786969563</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='19' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_aG0qeHOFrdg/SOdUhwnPfAI/AAAAAAAAAAM/VJ8TL-tfxeU/S220/ryj.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-405536386192013273.post-2879172548087687285</id><published>2008-12-25T14:19:00.011+01:00</published><updated>2008-12-27T13:23:47.521+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='religia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='szwecja'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='szatan'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='death metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='przebojowość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Jezus'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='death'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='rock&apos;n&apos;roll'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Entombed'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wolverine blues'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='death&apos;n&apos;roll'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='hity'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='hard rock'/><title type='text'>ENTOMBED - WOLVERINE BLUES</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://sonidogordo.files.wordpress.com/2008/02/1174923355_entombed.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 250px; height: 250px;" src="http://sonidogordo.files.wordpress.com/2008/02/1174923355_entombed.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Spodziewaliście się dalszej części rozważań o Monster Magnet? A może w końcu recenzji Reign in Blood? Spokojnie, wszystko będzie, ale najpierw postanowiłem rzucić recenzję jednej z moich ulubionych płyt wszechczasów, dzieło krótkie, ale doskonałe. Swego czasu spore zamieszanie wywołał album Entombed zatytułowany Wolverine Blues z roku 1993, wydany przez Columbia Records (jako jeden z kilku albumów zespołów ze stajni Earache w tym okresie - np. Carcass z albumem Heartwork czy Godflesh z Selfless). Szwedzi, liderzy sceny deathmetalowej w swoim kraju, po przeproszeniu się z oryginalnym wokalistą, L.G. Petrovem (nieobecnym przy nagrywaniu poprzedniego albumu, Clandestine), zaserwowali płytę różniącą się stylistycznie od poprzednich dokonań. Siarczyście brzmiące gitary z Left Hand Path i Clandestine tutaj są ciężkie, nisko zestrojone, a nad płytą unosi się bardzo mocny, rockowy, przebojowy feeling. To już nie jest death metal, a przynajmniej nie czysty death metal. Entombed poszedł krok dalej - to już nowy gatunek, a właściwie misz-masz dwóch gatunków - death'n'roll.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Istnieją dwie wersje albumu, przy czym różnica jest taka, że w jednej z nich znajdziemy w paru utworach sample, zbliżone do tych z Clandestine. Jako, że posiadam wersję "czystą", skupię się właśnie na niej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaczynamy od wyłaniającego się ze sprzężeniowego chaosu utworu zatytułowanego Eyemaster (tu nawiążę do wersji z samplami - na tym właśnie wydaniu wpleciono cytat z Hellraisera III, w którym Pinhead, parodiując Jezusa, wypowiada w kościele kwestię - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;I am the way&lt;/span&gt;). Początek jest dość powolny, ciekawy riff kotłuje się krótko z perkusją, później rytm się uspokaja, aż motyw się kończy i wchodzi kolejny. I zaraz słyszymy, coraz głośniejszy, wokal. L.G. Petrov to klasa sama dla siebie. Głos ochrypły, przepity, mocny, niski, charakterystyczny, i wprost IDEALNY. Idealnie pasuje do brudnego brzmienia albumu, idealnie pasuje do twardej, męskiej muzyki prezentowanej przez Entombed na Wolverine Blues, idealnie pasuje do wykrzykiwania bardzo chwytliwych linii wokalnych. Zwrotka co prawda pędzi na łeb, na szyję, bardzo bezkompromisowo, ale za chwilę mamy refren. Zostaje w głowie na długi czas, jest naprawdę przepotężny. Solówki wpasowane idealnie. Mamy też mostek przed ostatnim, trzecim refrenem. Trochę ponad trzy minuty mijają błyskawicznie, a my jesteśmy w następnym utworze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rotten Soil zaczyna minimalnie przed resztą zespołu Nicke Andersson. I trzeba zaznaczyć, że jego postawa jest nieprawdopodobna. Perkusja napędza utwory, Nicke gra ze sporą wyobraźnia i, gdzie to możliwe, wtrąca wiele smaczków, niezbyt nachalnych, ale dających się dość łatwo wyłapać. Co się zaś tyczy drugiego kawałka, to jest trochę wolniejszy od otwierającego album, ale na pewno się nie dłuży - oprócz bardzo fajnych zwrotek i genialnego refrenu, jest też spora część poświęcona na fantastyczną "riffiarnię" - aż przyjemnie się tego słucha. Przed drugą częścią "wokalną", po wybrzmieniu ostatnich taktów solówki, słychać szeptane "six, six, six" - bardzo sympatyczny smaczek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Utwór tytułowy był chyba tym, który mnie wciągnął w ten zespół. Dwie minuty i trzynaście sekund geniuszu. Sprzężenie, brudne brzmienie gitary, dość powolne tempo i miażdzący riff, a do tego doskonała praca perkusji. No i ten głos w zwrotkach. I ten prosty, ale jaki genialny riff w refrenie. Utwór niesamowicie skoncentrowany, ale tak doskonały, że aż ciężko mi go opisać słowami, naprawdę. Majstersztyk, wzór death'n'rollowego grania. Monument.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Demon zaczyna się bardzo charakterystycznie. Wchodzi riff, milknie i krótki wrzask solo L.G. Petrova. W kolejnych taktach to Nicke Andersson ma z kolei pole do popisu. Sam utwór ma bardzo charakterystyczne zwrotki (z "dwoma" głosami Petrova) i, podobnie jak cała reszta, jest naprawdę znakomity. Brak wyraźnego, chwytliwego refrenu sprawia może, że trudniej zapamiętać drugą część kawałka, co nie zmienia faktu, że każdorazowe obcowanie z nim sprawia ogromną przyjemność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już półmetek. Contempt jest bardzo powolny, nawet jak na standardy Wolverine Blues. W połączeniu z bardzo dobrze napisanym, mizantropicznym tekstem, wydaje się brzmieć "najpoważniej" z całego albumu. I robi to ogromne wrażenie - gdy Lars-Goran krzyczy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Emotionless! Obscene! But a human life don't mean anything to me. It's merely a seed of insanity!&lt;/span&gt; - mnie przekonuje. Miód.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Full of Hell z kolei należy do grupy największych hitów albumu. Refren to przykład absolutnego geniuszu - ten riff zatrzymujący się na chwilkę przed wejściem wokalu. No i sam wokal. Wszystko mi pasuje do tej pory na tej płycie, Full of Hell też nie jest wyjątkiem od reguły.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najzabawniejszym, jeśli tak można ująć sprawę, utworem jest Blood Song. Piosenka o wampirach, z tekstem adekwatnym do tematyki. Bardzo sympatyczny refren, ale to, co wyróżnia ten utwór, to sposób podawania wokali przez Petrova w trzeciej zwrotce. Coś pięknego, to trzeba usłyszeć na własne uszy. Przyspieszenie przed tą właśnie zwrotką też znakomite, podnosi poziom adrenaliny bardzo wyraźnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zbliżamy się do końca, przed nami jeszcze tylko trzy utwory. A każdy z nich, to nowość na tej płycie, znakomity! Najpierw Hollowman, promujący album na wydanej wcześniej EP-ce. Bardzo dobry tekst, bardzo dobre riffy, świetne tempo utworu, wszystko płynie jak należy. No i ten fragment - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;My hollow eyes are staring down the hole. Jesus, Satan, Hitler, bought my soul&lt;/span&gt; - coś pięknego zaprawdę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Heavens Die to znowu świetne riffy, bardzo dobre zwrotki, charakterystyczny refren (aczkolwiek może nie tak chwytliwy jak wiele innych na płycie).  Z racji swojego położenia na liście utworów nie robi aż tak wielkiego wrażenia jak większość poprzedzających go kawałków, niemniej jednak również jest absolutnie znakomity.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Out of Hand to chyba mój drugi ulubieniec na tej płycie, zaraz po utworze tytułowym. W wersji z samplami otwiera go taki sympatyczny dialog: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;- I am Jesus Christ! - No, you're not. You're dead.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt; Utwór generalnie antyreligijny, antyamerykański - antykretyński, możnaby powiedzieć. Kocham riff po pierwszej zwrotce, w momencie jak Petrov stwierdza:&lt;span style="font-style: italic;"&gt; Their flesh begins to rot!&lt;/span&gt;   Właściwie wszystko jest tu genialne, zwrotki, REFREN (REFREN!!!), riffy, perkusja, wszystko dosłownie. No i ten kończący album okrzyk &lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;FUUUUUUCK!!!&lt;/span&gt; Bezcenne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Same atuty dostrzegam na tym albumie. W trochę ponad pół godziny Entombed daje radę zmieścić tak wiele satysfakcjonującej, brudnej, brutalnej, ale też bardzo przebojowej muzyki, że dla większości zespołów metalowych mogą być wzorem do naśladowania. Od brzmienia, przez pracę perkusji, znakomite riffy, same kompozycje, aż do genialnych wokali Petrova - tutaj wszystko jedzie jak należy. Moim zdaniem tylko jeden album Entombed może podskoczyć do Wolverine Blues, a dwa inne są bardzo blisko. Jakie? O tym się przekonacie w swoim czasie. Tymczasem - brawa na stojąco.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocena: &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;10/10&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/405536386192013273-2879172548087687285?l=kontrolor.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kontrolor.blogspot.com/feeds/2879172548087687285/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=405536386192013273&amp;postID=2879172548087687285' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/405536386192013273/posts/default/2879172548087687285'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/405536386192013273/posts/default/2879172548087687285'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kontrolor.blogspot.com/2008/12/entombed-wolverine-blues.html' title='ENTOMBED - WOLVERINE BLUES'/><author><name>Márius Litevec</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02257976366786969563</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='19' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_aG0qeHOFrdg/SOdUhwnPfAI/AAAAAAAAAAM/VJ8TL-tfxeU/S220/ryj.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-405536386192013273.post-884997160307501006</id><published>2008-12-11T22:19:00.011+01:00</published><updated>2008-12-24T23:09:07.709+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='koncert'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='dopes to infinity'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='stoner rock'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='retro rock'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='stodoła'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kosmos'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='1995'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='psychedelic rock'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='monster magnet'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='heavy metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='warszawa'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='hard rock'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='stoner metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='narkotyki'/><title type='text'>MONSTER MAGNET - DOPES TO INFINITY</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://images.amazon.com/images/P/B000002G30.01.LZZZZZZZ.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 250px; height: 250px;" src="http://images.amazon.com/images/P/B000002G30.01.LZZZZZZZ.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Zainspirowany niedawnym, doskonałym koncertem zespołu w warszawskiej Stodole, postanowiłem zająć się, moim zdaniem, trzema najlepszymi albumami zespołu Monster Magnet. Ekipa ze stanu New Jersey, dowodzona od niemal dwudziestu lat przez Dave'a Wyndorfa nigdy nie zeszła poniżej pewnego poziomu, jednak trzy płyty wyróżniają się na tle bardzo zacnej dyskografii. Każda z nich wpasowuje się idealnie w okres, w którym została wydana, proporcje narkotyczno-kosmicznych "jazd" i czysto rock'n'rollowych hitów zmieniają się trochę na przestrzeni lat. Na sam początek recenzji albumów wydanych przez niezniszczalnego Dave'a i spółkę skupię się na najlepszym, moim zdaniem, osiągnięciu grupy. Tym albumem jest Dopes to Infinity z 1995 roku. Trzeci pełny album w dorobku zespołu, wydany dwa lata po bardzo dobrym, ale nie rewelacyjnym Superjudge (którego popularność w ogromnym stopniu zabił kwitnący wówczas grunge, ale to kwestia do rozpatrzenia w osobnym artykule), i jest wydawnictwem łączącym "naćpane" klimaty dwóch pierwszych albumów z przebojowością kolejnego albumu - Powertrip. A łączy te dwa muzyczne światy w sposób optymalny, wręcz doskonały.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaczynamy od utworu tytułowego, który jakkolwiek nie jest chyba najlepszy w dorobku grupy, to z dużą pewnością mogę powiedzieć, że jest moim ulubionym. Kosmiczne efekty na początku prowadzą do pochodu kilku bardzo prostych, ale jakże chwytających za serce riffów. No i wokal Dave'a... Trzeba przyznać jedno - to chyba w ogóle jeden z lepszych głosów rocka. Mocne słowa? Ale moim zdaniem zdecydowanie uzasadnione. Doskonała barwa, może nie doskonałe wyszkolenie techniczne, ale czyż o to chodzi w tej odmianie muzyki? To nie chór, gość ma mieć jaja i pasować do muzyki granej przez zespół. Ooo, a ta to dopiero ma jaja ;-).  Linie wokalne, a także tekst utworu (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(I'll) hook you up to the coil of the one, who makes time with the Sun, and who keeps us pumping&lt;/span&gt; - beautiful.), mają w sobie coś magicznego, tyle mogę powiedzieć. A już druga część, z piękną melodią zagraną pod teksty śpiewane przez Wyndorfa... Wzruszyłem się. Bardzo przyjemne solówki też się tu znajdują. Utwór wyszedł na singlu, ale nie został niestety doceniony w 1995 roku. Zdecydowanie powinien był zabujać listami przebojów w swoim czasie. A tak, cieszmy się, że słuchając go po latach możemy docenić jego wspaniałość. Usłyszeć ten numer na żywo, otwierający koncert zespołu - niesamowite wrażenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wybrzmiewa Dopes to Infinity i przechodzi płynnie w Negasonic Teenage Warhead, jedyny singiel z płyty, który odniósł jakiś sukces, i chyba najbardziej oczywisty hicior na albumie. Zaczyna się cicho i spokojnie, dwie zwrotki przedzielone są jednak pełnym energii, głośniejszym refrenem. Jest kosmicznie, jest też rock'n'rollowo, kiedy wchodzimy w refren i mostek (a właściwie mostki?). Wszystko pasuje do siebie, wynika z siebie nawzajem, jest płynne. No i znowu fajne teksty (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Oh baby, I'm lazy, Oh baby, introduce me to God&lt;/span&gt; - czyż nie jest to piękne?). Wracamy na koniec znowu do refenu, ale to nie koniec. Ja zazwyczaj zapuszczam dwa pierwsze utwory ponownie, bo na to zdecydowanie zasługują.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzeci numer, Look to Your Orb for the Warning (haha, tytuły kawałków na tej płycie to rzecz do rozważenia osobno, są, jak widać, wyjątkowe), załapał się na ścieżkę dźwiękową do filmu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;The Matrix &lt;/span&gt;4 lata po wydaniu płyty. Delikatnie się ten utwór zaczyna, aż tu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Going down now!&lt;/span&gt; - i startujemy. Stonerowy, bujający riff z delikatnym, pływającym wokalem Wyndorfa prowadzi nas do wyciszenia instrumentalnego w refrenie. Powtarzamy drugi raz to samo i mamy do czynienia z solówką. A te są zdecydowanie udane, bez zbędnego pitolenia, trochę melodii, trochę sprzężeń, zupełnie jak cały album - rock'n'roll sąsiadujący z psychodelią. Kawałek trwa sześć i pół minuty, ale nie jest to na pewno czas stracony. Nie jest to co prawda tak wielki przebój jak pierwsze dwa utwory, ale jakby tak spojrzeć, to mało który kawałek jest przebojem. Dużo kosmosu, dużo narkotyków. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Down, down, down, down...&lt;/span&gt; I lecimy dalej!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;All Friends and Kingdom Come - co tu kryć, trzyma dalej wysoki poziom całości. Znowu mamy malutki efekcik na początek, po którym dostajemy pojękującego Dave'a i zwrotkę, której towarzyszą rzadko rozrzucone, wybrzmiewające akordy. Ciszą urzeka początek utworu, ciszą i jakąś mistycznością zarazem. Druga zwrotka ma trochę gęstszą pracę sekcji rytmicznej, prowadzącą do refenu. A jakiż ten jest świetny! &lt;span style="font-style: italic;"&gt;'Cause I can fry you with my eyes, I can blow you to kingdom come, I can take all your friends away. I've got mushroom clouds in my hands &lt;/span&gt;(narkotyki, anyone?)&lt;span style="font-style: italic;"&gt;, and a place in my head for you, better come to the throne today&lt;/span&gt;.&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; &lt;/span&gt;No i mądre słowa podsumowujące utwór na samym końcu - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;I'm just not quite right today&lt;/span&gt;. Piękny utwór.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lecimy na kolejną planetę, tym razem jest to Ego, the Living Planet (swoją drogą - jedna z postaci ze świata Marvel). Instrumental ze świetnym, motorycznym riffem przewodnim. Swoją drogą, jego konstrukcja przypomina mi trochę konstrukcję najlepszego (i chyba jedynego przyzwoitego) z kawałka instrumentalnego z Death Magnetic... Hmm, może dlatego mi się ten fragment Suicide &amp;amp; Redemption podobał? Ale wracając do tematu, w połowie utworu pojawia się jedyny fragment z tekstem. Jedno zdanko - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;I talk to planets, baby!&lt;/span&gt; I echo, które najwyraźniej nawdychało się helu. Wracamy do riffu, a w końcowej fazie trwania utwóru zaczynają dominować opętańcze wrzaski Wyndorfa, lekko zamglone i przesterowane. Mocna rzecz, bardzo dobry instrumental, wyzwalający trochę pokładów adrenaliny. Może jednak przydałoby się odrobinę wyciszenia?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I dostajemy to wyciszenie! Blow 'Em Off zaczyna się od wejścia gitary akustycznej, pyka sobie basik, spokojny wokal Wyndorfa. Sympatyczne zwrotki, trochę głośniej w refrenie, ale tak czy tak - kojąco działający kawałek. Słowo "ładny" pasuje jak ulał. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Who keeps alive the concept of mom?&lt;/span&gt; Lecz po takim uspokojeniu się, słuchacz musi przyjąć na klatę największego kolosa na albumie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Third Alternative. Pieśń o miłości, nienawiści i seksie, jak podkreśla sam Wyndorf - "makes me wanna cry". Gitarka cicho, nieśmiało sobie pogrywa, druga generuje sprzężenia, jakby niezdecydowane czy rozpocząć ten utwór. Jednak już za chwile sytuacja się stabilizuje i wkraczamy z posępnie brzmiącym riffem do zwrotki. Przesterowany wokal Dave'a melodeklamacją się zajmuje, wygłaszając kolejny doskonały tekst. Spokojna zwrotka kończy się wejściem sekcji rytmicznej i ciężkich, przesterowanych gitar, robi się głośno, doomowo wręcz, a Wyndorf przechodzi do śpiewo-wrzasku. Mocna rzecz, bardzo mocna, robiąca ogromne wrażenie. Druga zwrotka jest przedłużona do pięciu linijek tekstu, a sam refren też jest bardziej rozbudowany. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Well I'll stuff myself in the pi of darkness, and I'll slam 'till I can't see home. Dropping off the edge of nowhere, everything I've ever known&lt;/span&gt;. Kocham ten utwór bezgranicznie. Trzecia zwrotka to już w ogóle podsumowanie utworu, zarówno muzycznie, jak i tekstowo. Zredukowane to wszystko do jednej linijki - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;This is, what you asked for, now this is what you'll get&lt;/span&gt; - przy czym &lt;span style="font-style: italic;"&gt;you'll get&lt;/span&gt; wybrzmiewa w momencie przejścia w refren... Jak dla mnie - proste, ale piękne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kontrast. I Control, I Fly to utwór w tempie szybkim utrzymany, i o wiele krótszy od Goliata zwanego Third Alternative. I tak, jak nie należy się w nim doszukiwać jakiegoś szczególnego geniuszu, tak spełnia swoją rolę na albumie wyśmienicie - najkrótszy na płycie kawałek pędzi do przodu, z w miarę chwytliwym refrenem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;King of Mars, czyli numer dziewiąty zaczyna się od refrenu, który ma tekst należący do tych chyba najdziwniejszych na płycie. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;You can rape the world and be creative now, you can kiss the right side of your brain, oh, they can tell the tarot for the rest of us, and I can crown me Tarzan, king of Mars.&lt;/span&gt; I refren ten dominuje w kompozycji, zwrotkę mamy tylko jedną, powtorzenia refrenu - aż trzy. Kolejny, może nie rewelacyjny, ale naprawdę bardzo dobry numer.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzeci singiel wykrojony z albumu (nawet ma teledysk) to Dead Christmas. Należy do tych delikatniejszych, bardzo fajne melodie, działa kojąco na słuchacza. Jest to po prostu bardzo ładny, w miarę chwytliwy, rockowy utwór. Słychać też tutaj echa przyszłych albumów - użycie klawiszy przywodzi na myśl See You in Hell z Powertrip, czy też sporą część God Says No. W zasadzie, to jest to utwór nie tylko bardzo ładny - po prostu świetny w swojej kategorii. Jeśli ktoś oczekuje po Monster Magnet ciągłego grzania na przesterze, to może być zawiedziony, jednak ja takie coś kupuję jako urozmaicenie i doskonałe uzupełnienie doskonałej płyty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Theme from "Masterburner", drugim utworze instrumentalnym na tej płycie, dzieje się trochę więcej niż na Ego..., i chyba ogólnie jest jeszcze lepszy. Doskonałe riffy, znowu pełno adrenaliny, nie nudzi w najmniejszym nawet stopniu. Prowadzi do ostatniego na płycie utworu, czyli...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Vertigo. Zawrót głowy w rzeczy samej. Słyszałem niedawno opinię, że jest w tym utworze dużo "chaosu". Cóż, nie podzielam tej opinii, akurat chaos jest tutaj złym słowem. Ten numer to przede wszystkim wyciszenie, wyhamowanie po jeździe pełnej wrażeń, po lotach z planety na planetę, po wypaleniu ton marihuany. Mocno zniekształcony głos Wyndorfa szepcze wśród fajnie wyważonego, narkotycznego riffu, delikatnych sprzężeń i efektów wokalnych w tle. Jest kosmos, mnostwo narkotyków, podróż jednak się kończy. Zapewnia o tym też, uspokajającym głosem sam lider - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;It's ok, it's ok...&lt;/span&gt; Doskonały sposób, wieńczący dzieło. Ale jeśli ktoś reaguje alergicznie na rozwiązania rodem z psychodelicznego rocka, to może być znudzony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mamy też krótką, instrumentalną, kosmiczno-narkotyczną impresję jako bonus na samym końcu albumu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Coż mogę powiedzieć. Mam jedno wrażenie - słuchanie tych utworów w innej kolejności, bądź też wyrwanych z kontekstu, zdecydowanie szkodzi samym utworom. Ich układ na płycie jest chyba idealny - najpierw hiciory, przykuwające uwagę słuchacza, później trochę narkotyków, wyciszenie prowadzące do punktu kulminacyjnego - Third Alternative, po którym następuje rozluźnienie, gdyż płyta została rozbita niczym ciężkim młotem. I tak do końca, aż do podsumowującego wszystko Vertigo. Nie mam nic do zarzucenia, Wysoki Sądzie. Jak dla mnie absolut w swojej kategorii, jedna z Płyt Życia. Miłością bezgraniczą ją darzę. I ocena będzie adekwatna do tegoż faktu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocena: &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;10/10&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/405536386192013273-884997160307501006?l=kontrolor.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kontrolor.blogspot.com/feeds/884997160307501006/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=405536386192013273&amp;postID=884997160307501006' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/405536386192013273/posts/default/884997160307501006'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/405536386192013273/posts/default/884997160307501006'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kontrolor.blogspot.com/2008/12/monster-magnet-dopes-to-infinity.html' title='MONSTER MAGNET - DOPES TO INFINITY'/><author><name>Márius Litevec</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02257976366786969563</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='19' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_aG0qeHOFrdg/SOdUhwnPfAI/AAAAAAAAAAM/VJ8TL-tfxeU/S220/ryj.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-405536386192013273.post-5818680248799048423</id><published>2008-10-18T10:12:00.032+02:00</published><updated>2009-08-12T11:11:14.343+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='thrash'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='great'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kerry'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hanneman'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Lombardo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='historia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Araya'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='recenzje'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='death'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='groove'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='King'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Slayer'/><title type='text'>SLAYER - Przekrojowo</title><content type='html'>OK, była przeciętna płyta Metalliki, to teraz zajmiemy się najlepszym zespołem thrashowym w historii muzyki - Slayerem. Zespół na początku rywalizował z Hetfieldem i spółką o miano najszybszego i najcięższego (przynajmniej w tej gałęzi metalu), później jednak zespoły poszły w swoich własnych kierunkach. W niniejszym artykule omówię przebieg kariery "Zabójcy", omawiając każdą z wydanych przez zespół płyt.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://ecx.images-amazon.com/images/I/41KZCBXGBVL._SL500_AA240_.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 250px; height: 245px;" src="http://ecx.images-amazon.com/images/I/41KZCBXGBVL._SL500_AA240_.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;W &lt;span title="Convert this amount" class="currency_converter_link"&gt;1983&lt;/span&gt; roku wyszedł debiut zatytułowany Show No Mercy. I jakkolwiek okładka może się dziś wydawać dziecinnie głupia, tak zawartość krążka była świetną dawką mającego swoje korzenie w Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu, wczesnego thrashu. W momencie wydania był to zdecydowanie album odważny, dziki, szybki, ciężki i brutalny. Amatorsko brzmiąca produkcja nie jest raczej wadą, oddaje bowiem ducha czasów i dodaje dzikiego charakteru albumowi. Co do kompozycji, mamy na wstępie świetny Evil Has No Boundaries, witający słuchacza jazgotliwą solówką i krzykiem wokalisty, Toma Arayi. Świetny, skandowany refren (ciekawostka, wokalnie udziela się w nim... Gene Hoglan), jest najmocniejszą stroną tego utworu. Kolejne trzy kawałki to klasyki, które aż do dzisiaj często przewijają się przez setlistę podczas koncertów Slayera. Pierwszy z nich, The Antichrist, zaczyna się bardzo ciekawym riffem i nie zawodzi do samego końca. Die By the Sword to kolejny pokaz niezłych już na tym etapie kariery umiejętności kompozytorskich zespołu, podobnie Fight 'Till Death, z bardzo ciekawym refrenem. Dwuczęściowy Metal Storm/Face the Slayer jest mniej ciekawy od poprzedzających go utworów, ale już następny jest prawdopodobnie najlepszy na płycie. Black Magic, bo o nim mowa, ma wszystko to, czego można oczekiwać po utworze Slayera - doskonałe riffy, dobre linie wokalne, solidna praca perkusji. Niesamowity klasyk. Tormentor to utwór utrzymany w średnim tempie, z bardzo interesującymi liniami wokalnymi, zarówno w zwrotkach, jak i refrenie. Niedoceniony utwór, który zasługuje na uznanie. The Final Command to pokaz szybkości, prosty, pędzący do przodu utwór, może niezbyt spektakularny, ale jako preludium do późniejszych dokonań zespołu sprawdza się bardzo solidnie. Kolejny utwór najlepiej pokazuje, czym inspirowali się muzycy w tamtych czasach, słychać echa NWOBHM. Crionics, bo o nim mowa, to bardzo ciekawy utwór, może nie jest jednym z najlepszych na tym albumie, ale za to jest istotny dla rozwoju zespołu. Ostatni na płycie utwór tytułowy zaczyna się od popisów Dave'a Lombardo, by przerodzić się w kolejny porywający kawałek wczesnego thrash metalu. Świetne zakończenie bardzo dobrej płyty, jednego z najważniejszych debiutów w historii metalu. Jest to album jednak bardzo surowy, zarówno w brzmieniu, kompozycji jak i wykonaniu, styl zespołu miał wykrystalizować się dopiero za kilka lat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocena: &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;8/10&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://ecx.images-amazon.com/images/I/41ZYNX077NL._SL500_AA240_.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 250px; height: 246px;" src="http://ecx.images-amazon.com/images/I/41ZYNX077NL._SL500_AA240_.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Po kilku miesiącach, w kwietniu &lt;span title="Convert this amount" class="currency_converter_link"&gt;1984&lt;/span&gt; roku, młodzi muzycy nagrali trzy utwory. Materiał to krótki, bo niespełna czternastominutowy, ale jakże istotny dla rozwoju zespołu, który dojrzewa w sposób ze wszech miar ewidentny. Trzy kompozycje zawarte na tej EPce to krok naprzód w porównaniu z debiutanckim albumem. Rozpoczynający minialbum utwór Chemical Warfare wita doskonałym riffem, najpierw jedna gitara, później dołącza druga, prowadzącym do szybkiego, bezlitośnie pędzącego naprzód thrashmetalowego majstersztyku. Na tym etapie twórczości zespołu to zdecydowanie największe osiągnięcie, dające pojęcie o przyszłej potędze bandu. Utwór dosyć długi, sześciominutowy, jednak nie ma tu miejsca na nudę, dzieje się naprawdę sporo dobrego. Albo raczej "złego", gdyż atmosfera towarzysząca nagraniu ma właśnie takie zabarwienie. Tekst znakomicie pasuje do warstwy muzycznej, a głos Toma Arayi z kolei - do tekstu, który wykrzykuje. Chemical Warfare to znakomitość. Kolejne dwa utwory może nie są już tak spektakularne, ale zarówno Captor of Sin, rozpoczynający się typowymi dla Slayera jazgotliwymi solówkami, posiadający świetny, chwytliwy refren, jak również utwór tytułowy, ze swoim zapadającym w pamięć riffem przewodnim, są wyraźnym krokiem naprzód w porównaniu do debiutu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocena: &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;8,5/10&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://ecx.images-amazon.com/images/I/51EVY16GTVL._SL500_AA240_.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 250px; height: 250px;" src="http://ecx.images-amazon.com/images/I/51EVY16GTVL._SL500_AA240_.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Kolejny rok, kolejny cios. "Zabójca" nie próżnuje, tym razem nagrywając album zatytułowany Hell Awaits. I jakże genialna jest to nazwa dla takiej kolekcji piekielnych utworów. Okładka przygotowuje słuchacza na podróż do głównej kwatery Belzebuba i jego przyjaciół. W &lt;span title="Convert this amount" class="currency_converter_link"&gt;1985&lt;/span&gt; roku niewielu potrafiło osiągnąc taki poziom dźwiękowego "zła" w tej gałęzi metalu. Sama produkcja, może i nie do końca dopracowana, generuje klimat, którego może pozazdrościć wiele zespołów. Pierwszy utwór, tytułowy Hell Awaits, to utwór ze ścisłej czołówki dyskografii grupy. Z nicości wyłaniają się coraz głośniejsze jęki potępionych, wtórują im głosy skandujące słowa "join us" (puszczone od tyłu), aż w końcu następuje "WELCOME BACK" i intro przechodzi we właściwy utwór, naszpikowany doskonałymi riffami, świetną pracą sekcji rytmicznej i idealnie pasującymi liniami wokalnymi. Utwór trzyma słuchacza w garści, hipnotyzuje, zachwyca. Blisko ideału w swojej klasie. Kill Again jest szybki, brutalny, ale już nie tak genialny jak pierwszy utwór. Następny, At Dawn They Sleep, znów zbliża się niebezpiecznie blisko absolutu w kategorii zabarwionego blackmetalową atmosferą thrashu. Rozwija się nieustannie, aż do doskonałego przejścia z tempa bardzo wolnego do szybkiego przy narastającym skandowaniu "KILL, KILL, KILL!". Miód. Praise of Death to kolejny thrashowy atak, trzymający poziom. Z kolei piąty w kolejności Necrophiliac to mój drugi ulubiony utwór na tym albumie, zaraz po tytułowym. Wszystko tu pasuje, a sam kawałek rozwija się w bardzo interesujący sposób. Crypts of Eternity, najdłuższy na płycie, również wpasował się doskonale w atmosferę albumu. Nie jest najszybszy, co wcale nie ujmuje mu jakości. Ostatni, siódmy, Hardening of the Arteries, to szybki cios na dobicie słuchacza. Po wybrzmieniu ostatnich dźwięków tejże kompozycji, najkrótszej na płycie, wracamy do pierwszych taktów utworu tytułowego - świetny zabieg, zwierający klamrą &lt;span title="Convert this amount" class="currency_converter_link"&gt;37&lt;/span&gt; minut doskonałego wczesnego black/thrashu. Atmosfera, świetne kompozycje, zespół coraz bardziej dojrzały.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocena: &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;9/10&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://ecx.images-amazon.com/images/I/51rq8v2H%2BgL._SL500_AA240_.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 250px; height: 250px;" src="http://ecx.images-amazon.com/images/I/51rq8v2H%2BgL._SL500_AA240_.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;W &lt;span title="Convert this amount" class="currency_converter_link"&gt;1986&lt;/span&gt; wychodzi album powstały we współpracy z Rickiem Rubinem, producentem znanym wówczas głównie ze sceny hiphopowej. Pod jego nadzorem, Tom Araya, Jeff Hanneman, Kerry King oraz Dave Lombardo, osiągnęli absolutny szczyt swojej kariery. Stworzyli album idealny, definiujący gatunek, stawiający poprzeczkę niezwykle wysoko zarówno dla siebie, jak i innych zespołów. Płytę, która przyspieszyła rozwój jeszcze bardziej ekstremalnych gałęzi metalu. Pełną doskonałych riffów, zwariowanych solówek, pełnej pasji i energii pracy sekcji rytmicznej, a także świetnie pasujących do całości wokali. Płytę, która zabija swoją charakterystyczną szybkością, a także spójnością, przy jednoczesnym zachowaniu wyraźnego, indywidualnego charakteru poszczególnych kompozycji. Album tak doskonały, że zasługuje na osobną recenzję, zdecydowanie obszerniejszą od reszty albumów grupy, pomimo faktu, że... jest najkrótsza z nich (nie licząc oczywiście EP-ki, Haunting the Chapel).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocena: &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;10/10&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://ecx.images-amazon.com/images/I/51CmbZ0Em%2BL._SL500_AA240_.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 250px; height: 250px;" src="http://ecx.images-amazon.com/images/I/51CmbZ0Em%2BL._SL500_AA240_.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;South of Heaven z roku &lt;span title="Convert this amount" class="currency_converter_link"&gt;1988&lt;/span&gt; to kolejny krok w rozwoju "Zabójcy". Po rozwijającym karkołomne szybkości Reign in Blood, muzycy postanowili trochę zwolnić, co nie było decyzją nietrafną. Już od samego początku wiemy, że zespół jest w formie. Riff witający słuchacza w utworze tytułowym należy do ścisłej czołówki metalu w ogóle, jest niesamowicie charakterystyczny, chwytliwy, wprowadzający do rewelacyjnej kompozycji. Utwór kompletny, wpisujący się w tradycję doskonałych "otwieraczy". W koncówce słyszymy sprzężenia, które płynnie przechodzą w drugi, antyaborcyjny w wymowie, utwór, zatytułowany Silent Scream. Ogromne pole do popisu ma tutaj Dave Lombardo, grający szybko i z ogromną fantazją. Tom Araya z kolei jest mniej "jadowity" niż na poprzednich albumach, jego wokale są zdecydowanie bardziej stonowane. Jest to na pewno ciekawa odmiana, a także znak, że zespół ciągle szuka nowych rozwiązań, zamiast osiąść na laurach po doskonałym poprzednim albumie. Trzeci utwór to Live Undead, rozwijający się z dość wolnej kompozycji, w której napięcie nieustannie narasta, aż do osiągnięcia punktu kulminacyjnego, w którym słyszymy wysoki pisk wokalisty, zapowiadający przyspieszenie w samej końcówce. Naprawdę znakomity to kawałek, utrzymujący niezwykle wysoki do tej pory poziom płyty. Behind the Crooked Cross to solidny, thrashowy utwór w średnim tempie, z przyjemnym refrenem, jednak nie ma już tego geniuszu, co w pierwszych trzech kompozycjach. Następna jednak, zatytułowana Mandatory Suicide, to koncertowy klasyk nawet dzisiaj, bardzo zasłużenie zresztą. Koncówka to melodeklamacja Arayi, opisującego dramatyczną sytuację na froncie głosem sprawiającym wrażenie zobojętniałego. Ghosts of War zaczyna się ciszej od reszty albumu, dopiero po wybrzmieniu początkowych solówek, przed wejściem wokalu poziom głośności się podnosi. Dynamiczny to utwór, w którym wokal brzmi trochę bardziej agresywnie niż w kilku wcześniejszych utworach. W ponadtrzyminutowym Read Between the Lies dzieje się sporo, jest to kompozycja bardzo ciekawie się rozwijająca, może nie tak przebojowa, jak utwór tytułowy czy Mandatory Suicide, ale na pewno warta uwagi. Cleanse the Soul to z kolei pokaz szybkości, jednak nie tak satysfakcjonujący jak Silent Scream, a także chyba najsłabszy na płycie utwór. Cover utworu Judas Priest, Dissident Aggressor, to bardzo porządnie wykonana przeróbka bardzo dobrej kompozycji, a w miejsce wysokich rejestrów Roba Halforda w refrenie oryginału słyszymy gitarę. I bardzo dobrze, a Tom Araya najwyraźniej doszedł do, jak najbardziej słusznego, wniosku, że w "górkach" jego głos nie brzmi wystarczająco dobrze, by próbować się tam poruszać. Slayer oddaje w tym kawałku hołd jednej ze swoich największych inspiracji. Ostatni zaś utwór, Spill the Blood, jest utrzymany w wolnym tempie, a zaczyna się od partii gitary akustycznej - rzadkość w dyskografii zespołu. Jako wyciszenie na koniec jest to pozycja znakomita, wieńcząca dzieło. South of Heaven jest płytą znakomitą, drugą najlepszą w historii zespołu płytę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocena: &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;10/10&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://ecx.images-amazon.com/images/I/51BcleRvqKL._SL500_AA240_.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 250px; height: 250px;" src="http://ecx.images-amazon.com/images/I/51BcleRvqKL._SL500_AA240_.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Kolejne dwa lata minęły, nim słuchacze dostali od czwórki piątą płytę długogrającą z premierowym materiałem. Tym albumem był w &lt;span title="Convert this amount" class="currency_converter_link"&gt;1990&lt;/span&gt; roku Seasons in the Abyss. I tak jak poprzedni, South of Heaven, był zwolnieniem w stosunku do Reign in Blood, tak nowy album wydaje się łączyć cechy dwóch poprzedników. I robi to w znakomitym stylu. Utwór otwierający całość jak zwykle robi znakomite wrażenie na początek i daje nadzieję na więcej. War Ensemble to doskonała praca każdego elementu zespołu, kompozycja dynamiczna, z ciekawym zwolnieniem w środkowej sekcji. Kolejny kawałek, Blood Red, nie jest zwykle wymieniany wśród najlepszych w dorobku zespołu, jednak zawsze należał do moich ulubionych. Najkrótszy na płycie, pasowałby swoim tempem i barwą głosu wokalisty na South of Heaven, zaś riff przewodni jest wyjątkowo zgrabny i chwytliwy. Niepozorny, ale doskonały utwór, po którym następuje trochę szybszy Spirit in Black. Trochę nudne jest czytanie o samych udanych kompozycjach, jednak nie da się inaczej ocenić tego utworu. Expendable Youth to z kolei kawałek utrzymany w wolnym tempie, solidny, ale nie rewelacyjny. Po nim przechodzimy jednak do jednego z najbardziej rozpoznawalnych riffów w dziejach Slayera, a jest nim motyw przewodni z kompozycji numer pięć na Seasons in the Abyss, czyli Dead Skin Mask. Tekst oparty jest na historii seryjnego mordercy Ed'a Gein'a z Wisconsin, którego niewątpliwie niecodzienna osoba zainspirowała twórców filmów takich jak Psycho, The Texas Chainsaw Massacre, czy tez The Silence of the Lambs. Pod względem muzycznym jest to zdecydowanie bardzo udany utwór, który jest jednym z koncertowych faworytów zarówno zespołu, jak i publiczności. Hallowed Point, składający się jakby z dwóch segmentów, przyspiesza tempo albumu w bardzo sympatyczny sposób, będąc zgrabnym, dynamicznym utworem z bardzo dobrymi liniami wokalnymi. Skeletons of Society, zaliczający się do najwolniejszych utworów na tej płycie, jest zdecydowanie bardziej udany od np. Expendable Youth. Temptation i Born of Fire to z kolei szybkie, dynamiczne kawałki, pierwszy z nich posiada charakterystyczne dwie ścieżki wokalu wchodzące jedna po drugiej w zwrotkach, zaś druga po prostu pędzi do przodu, nawiązując w pewnym zakresie do estetyki Reign in Blood. Po nich następuje znakomite, trochę "wschodnio" brzmiące intro utworu tytułowego, będącego chyba najlepszą kompozycją na płycie. Doskonałe riffy, świetne przejścia między taktami w wykonaniu Lombardo, no i rewelacyjny, niesamowicie zapadający w pamięć refren czynią Seasons in the Abyss jednym z najlepszych klasycznych dzieł Slayera i doskonale kończą płytę, która swoich poziomem nie przewyższa co prawda dwóch poprzednich albumów, jednak jest prawie tak samo doskonała. Na uwagę załuguje również teledysk do tytułowej kompozycji, nakręcony w Egipcie, przy Wielkich Piramidach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocena: &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;9,5/10&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://ecx.images-amazon.com/images/I/410XXL79%2BbL._SL500_AA240_.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 250px; height: 250px;" src="http://ecx.images-amazon.com/images/I/410XXL79%2BbL._SL500_AA240_.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Między wydaniem Seasons in the Abyss i Divine Intervention minęły aż cztery lata. W międzyczasie Dave Lombardo, który już przed South of Heaven wykazywał tendencje do opuszczania zespołu, pożegnał się z kolegami na dobre. Jego miejsce za zestawem perkusyjnym zajął Paul Bostaph z zespołu Forbidden, solidnych thrashmetalowych wyrobników z zachodniego wybrzeża. Już z jego udziałem nagrana została szósta płyta "Zabójcy". Rozpoczyna się dosyć niemrawo, co prawda na początek Killing Fields nowy perkusista daje znać o swojej obecności, jednak utrzymany w średnim tempie utwór nie zachwyca. Przyspieszenie w końcowce trochę ratuje obraz całości, jednak jest to pierwszy w historii zespołu "otwieracz", który nie nastraja zbyt pozytywnie do reszty albumu. Drugi w kolejności Sex, Murder, Art to niespełna dwuminutowy, bardzo szybki utwór, solidny, jednak daleko mu do poziomu szybszych kompozycji z poprzednich trzech albumów. Trzeci, Fictional Reality, również nie zachwyca, nie zapada w pamięć. Dopiero czwarty w kolejności Dittohead staje niemal w stu procentach na wysokości zadania. Dynamiczny utwór, z niezwykle szybko wypluwającym z siebie zaangażowany społecznie tekst Arayą jest najjaśniejszym do tej pory punktem płyty. Następny w kolejności jest utwór tytułowy, który jest kolejnym zawodem. Sprawia wrażenie nieco wymuszonego, momentami wręcz słuchanie go jest dosyć męczące. Circle of Beliefs również nie jest rewelacyjną kompozycją - jest poprawny, jednak bez jakiegoś szczególnego błysku. SS-&lt;span title="Convert this amount" class="currency_converter_link"&gt;3&lt;/span&gt; jest odrobinę ciekawszy od dwóch poprzedzających go utworów, ale ponownie do pełni szczęścia wiele brakuje. Serenity in Murder zaskakuje rozmytym śpiewem Arayi w zwrotkach i ogólnie rzecz biorąc jest ciekawym kawałkiem, któremu jednak również brakuje wiele do ideału. &lt;span title="Convert this amount" class="currency_converter_link"&gt;213&lt;/span&gt; jest chyba najciekawiej zbudowaną kompozycją na albumie, zaczyna się spokojnie, by później przejść w dość dynamiczny utwór ze zwolnieniem w końcówce. Kolejny tekst zainspirowany seryjnym zabójcą, tym razem na tapecie Jeffrey Dahmer. Ostatni na płycie utwór to Mind Control, który w zasadzie przypomina strukturą Cleanse the Soul z South of Heaven - szybki utwór bez większej historii. Podsumowując należy zauważyć, że forma zespołu zdecydowanie spadła, a estetyka z dwóch poprzednich albumów już trochę się wyczerpała. Nie jest to co prawda całkowicie zły album - przy całej swojej przeciętności miewa przebłyski, jednak Slayer ewidentnie potrzebował zmian.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocena: &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;6,5/10&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://ecx.images-amazon.com/images/I/51hU3qhQM4L._SL500_AA240_.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 250px; height: 245px;" src="http://ecx.images-amazon.com/images/I/51hU3qhQM4L._SL500_AA240_.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Undisputed Attitude z &lt;span title="Convert this amount" class="currency_converter_link"&gt;1996&lt;/span&gt; roku to zbiór coverów. I to nie jakichś przypadkowych coverów, lecz jest to album tematyczny - Slayer bierze się za utwóry punkrockowe. Efektem tego działania jest energetyczna bomba, pełna króciutkich, niezwykle szybkich utworów. Są tu kawałki z repertuaru Verbal Abuse, Minor Threat, D.R.I., a nawet znalazło się miejsce dla kompozycji The Stooges z debiutanckiego albumu (jednak z przerobionym tekstem i zmienionym tytułem - I Wanna Be Your Dog stał się I'm Gonna Be Your God). Dwie kompozycje pochodzą z pierwszej połowy lat osiemdziesiątych, a ich autorem jest Jeff Hanneman - to Can't Stand You oraz Ddamm. Płyta kończy się jedyną autorską, premierową kompozycją zespołu. I utwór ten zdecydowanie różni się stylistycznie od reszty - jest utrzymany w bardzo wolnym tempie. Na szczęście jednak nie jest nudny i przy całej swojej powolności wciąga słuchacza i pozostawia po sobie dobre wrażenie. Dało to nadzieję na poprawę po średniej Divine Intervention. Albumu słucha się znakomicie i jest to pozycja na pewno warta polecenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocena: &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;8/10&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://ecx.images-amazon.com/images/I/416wTS3hljL._SL500_AA240_.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 250px; height: 247px;" src="http://ecx.images-amazon.com/images/I/416wTS3hljL._SL500_AA240_.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Dość nietypowa okładka i brak starego logo zespołu zwiastował zmiany. I faktycznie, Slayer poszukał nowych rozwiązań. Diabolus in Musica, bo tak nazywa się płyta z &lt;span title="Convert this amount" class="currency_converter_link"&gt;1998&lt;/span&gt; roku, to nowy rozdział w historii zespołu. Rozpoczynający album Bitter Peace to doskonała kompozycja, ze znakomitym intrem, przechodzącym w dynamiczny, pełen energii utwór. W porównaniu z Killing Fields z poprzedniego longpleja... w zasadzie, nie ma porównania - "otwieracz" z Diabolus in Musica jest zdecydowanie lepszym utworem od swego poprzednika z Divine Intervention i zdecydowanie lepiej nastawia słuchacza do kolejnych minut spędzonych z muzyką Slayera. Death's Head zaczyna się ciekawie jak na "Zabójcę", słychać dużo basu, a cała kompozycja również pozostawia po sobie niezłe wrażenie. Stain of Mind z kolei niesamowicie "buja", a Tom Araya w zwrotkach niemal... rapuje! I tu właśnie dochodzimy do punktu spornego - twardogłowi fani klasycznego thrashu prezentowanego przez zespół jeszcze do Divine Intervention zarzucają Diabolus in Musica inspiracje hardrcore'm, industrialem, a nawet świętującym ogromne sukcesy w tym czasie nu-metalem. I tak jak nie za bardzo rozumiem ostatni z tych zarzutów, tak dwa poprzednie raczej widziałbym w kategoriach zalety - Slayer zdecydowanie odświeżył swoje brzmienie, a przede wszystkim spróbował w końcu czegoś nowego - rozwinął się, co zaowocowało naprawdę przyjemnym albumem. Zaś sam Stain of Mind, o którym była mowa, to pełna energii petarda, jeden z najjaśniejszych punktów albumu. Kolejny utwór, Overt Enemy, jest utrzymany w tempach wolnych, przez co nie dostarcza tyle energii co pierwsze trzy kawałki, jednak również jest dość przyjemny w odbiorze. Perversions of Pain to szybkie zwrotki i refren w ślimaczym tempie, jednak to kolejny utwór, który można zaliczyć na plus. Love to Hate nie zapada tak bardzo w pamięć, zaś Desire to spokojnie rozpoczynająca się kompozycja z przesterowanym wokalem w refrenie. Następujące po niej trzy kawałki - In the Name of God, Scrum i Screaming from the Sky to kolejne trzy porcje energii, pełne świetnych partii wokalnych i znakomicie "bujające". Wicked, będący bonusem na europejskim wydaniu płyty, to sześciominutowa kompozycja pełna charakterystycznego dla płyty groove'u. Point to z kolei przyspieszenie na sam koniec, nawiązanie do bardziej thrashowych dokonań zespołu. Ogólnie rzecz biorąc Diabolus in Musica to zdecydowany progres względem Divine Intervention, i jakkolwiek nie jest tak doskonałym albumem jak pierwsze pięć dokonań zespołu, jest jednak krokiem w dobrą stronę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocena: &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;7,5/10&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://ecx.images-amazon.com/images/I/518OtNs6LwL._SL500_AA240_.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 250px; height: 250px;" src="http://ecx.images-amazon.com/images/I/518OtNs6LwL._SL500_AA240_.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Docieramy do prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjnego w świecie fanów zespołu dzieła "zabójcy". I nawet nie chodzi tu o okładkę, która w sklepach musiała być przesłonięta neutralnym światopoglądowo, białym kartonikiem. God Hates Us All, bo o tej płycie mowa, pojawił się w sprzedaży &lt;span title="Convert this amount" class="currency_converter_link"&gt;11&lt;/span&gt; września 2001 roku. Jaka to data, wszyscy oczywiście wiemy, ale należy zauważyć, że w ciężkiej muzyce przełomu tysiącleci dominował nu-metal. I tak jak w przypadku poprzedniego albumu, tak i teraz pojawiały się ogromne zarzuty, że zespół się "sprzedał", nagrywając album wpisujący się w ramach tego dosyć mainstreamowego gatunku. Cóż, głupich (a także głuchych) nie sieją. Sama płyta jednak to najlepsze, co zespół dał swoim fanom od &lt;span title="Convert this amount" class="currency_converter_link"&gt;11&lt;/span&gt; lat. Intro, Darkness of Christ, wprowadza słuchacza płynnie do Disciple, pierwszej prawdziwej kompozycji na płycie, i zarazem najlepszego utworu, jaki zespół nagrał od Seasons in the Abyss. Niesamowita dawka energii, szybkość, dynamika, zmiany tempa, świetne riffy, to jedne z zalet tego fantastycznie rozwijającego się utworu. Stał się on punktem obowiązkowym koncertów zespołu i jest to w stu procentach zrozumiała decyzja. Doskonałość. God Send Death to również zmiany tempa i mnóstwo charakterystycznych linii wokalnych, kolejny utwór zdecydowanie na plus. Dynamiczny New Faith to bardzo skoncentrowany utwór, nie dający słuchaczowi czasu na odpoczynek, płynnie przechodzący z jednego motywu w drugi, aż do "rozmycia" w środkowej części przed solówką. Kolejny znakomity kawałek, bardzo niedoceniony. Cast Down jest trochę mniej spektakularny, jednak również dobrze się trzyma w tak mocnej stawce. Threshold to kolejny utwór z gatunku "bujających", z szarpanym riffem i niemal rapującym Arayą. Świetny refren! Jesteśmy niemal w połowie płyty, a tu ciągle brak słabych punktów! Takim punktem nie jest też Exile, następna pozycja pełna dynamiki i energii. Seven Faces to zdecydowane zwolnienie, jednak nie jest to wada tej kompozycji. Jest to utwór zdecydowanie udany, bardzo ciekawy, z interesującą partią "mówioną". Bloodline nagrany został na potrzebę ścieżki dźwiękowej do filmu Dracula 2000. Jest to chyba największy "przebój" tej płyty, bardzo chwytliwy, jednak nie tak ciekawy jak np. pierwsze trzy utwory (nie licząc intra). Deviance to, podobnie jak Seven Faces, utwór zagrany w wolnym tempie, z dość nietypowymi sposobami podawania tekstu przez Arayę, jednak to prawdopodobnie najsłabsza kompozycja na albumie. Ale na pewno nie słaba! War Zone z kolei to agresywny atak, niosący ze sobą dawkę energii wprost nie do opisania. Niesamowite, że faceci, którzy nagrali dosyć nużący Divine Intervention, byli w stanie napisać i nagrać taką bombę. Here Comes the Pain to kolejny po Bloodline utwór pochodzący ze wcześniejszych sesji nagraniowych, co trochę słychać. Nie jest na pewno zły, w ciekawy sposób manipuluje napięciem i tempem. Ostatni na albumie Payback to rekord w historii zespołu pod względem użycia słowa "fuck", które często i gęsto pojawia się w tekście tego niesamowicie szybkiego i pełnego życia utworu. Jeden z moich ulubionych na płycie z całą pewnością, można go postawić obok War Zone w kategorii "petarda". Generalnie rzecz biorąc, God Hates Us All jest albumem pełnym energii i świadectwem, że Slayer faktycznie poszedł w dobrą stronę. Płyta rozwija pomysły z Diabolus in Musica, ale robi to w sposób dużo bardziej agresywny i dynamiczny, co wychodzi znakomicie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocena: &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;9/10&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://ecx.images-amazon.com/images/I/51M9ga%2B12rL._SL500_AA240_.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 250px; height: 250px;" src="http://ecx.images-amazon.com/images/I/51M9ga%2B12rL._SL500_AA240_.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Ostatni dotychczas wydany album Slayera to Christ Illusion z 2006 roku. Od God Hates Us All minęło pięć lat, zmienił się też skład zespołu - Dave Lombardo powrócił na swoje stanowisko za zestawem perkusyjnym. Starzy fani oczywiście wiązali z tą zmianą ogromne nadzieje - miało być jak na Seasons in the Abyss, może nawet jak na Reign in Blood. No i faktycznie, zespół bardzo mocno nawiązuje do swoich trzech najlepszych albumów, i robi to całkiem przyzwoicie. Rozpoczynający płytę Flesh Storm to szybki, mocny cios na początek, przywodzący trochę na myśl War Ensemble. Catalyst jest kolejnym dynamicznym kawałkiem, jednak trochę gorszym od otwierającego album. Z kolei walcowaty Skeleton Christ toczący się powoli w kierunku szybszego refrenu to utwór naprawdę udany, choć trochę zbyt dużo "pustych" miejsc można w nim znaleźć - "zagęszczenie" czy skrócenie mogłoby dużo pomóc. Singlowy Eyes of the Insane jest bardzo w porządku, ale bez fajerwerków. Plusem jest przejście w refren, podnoszące napięcie utworu. Jihad, zaczynający się trochę ciekawym, trochę jednak śmiesznym intrem, przechodzi w doskonały, bardzo dynamiczny, skoczny utwór, jeden z najlepszych na płycie. Consfearacy z kolei przebiega bez historii, pasowałby pod tym względem do Divine Intervention - jest poprawnym utworem w dość szybkim tempie, ale bez wyjątkowo chwytliwych, charakterystycznych fragmentów. Catatonic z kolei to udany kawałek utrzymany w wolniejszym tempie, ale do rewelacji brakuje dosyć dużo. Black Serenade to szybki utwór, jednak zdecydowanie za długi, co przy braku specjalnie interesujących fragmentów działa na niekorzyść (na reedycji pojawia się wersja o dwie minuty krótsza, której co prawda nie słyszałem, ale zapewne brzmi lepiej niż wersja na pierwszym wydaniu). Ostatnie dwa utwory to z kolei najlepsze, co album na do zaoferowania. Cult to Slayer w klasycznym wydaniu, kawałek nawiązujący do najlepszych tradycji zespołu, z nutką nowoczesnego Slayera. Aż uśmiech pojawia się na twarzy a nóżka tupie. Zamykający album utwór nosi tytuł Supremist i jest kropką nad i, zostawiającą bardzo dobre wrażenie po przesłuchaniu, a riff około czterdziestej sekundy przywodzi na myśl deathmetalowe zespoły z najwyższej półki! Ogólnie rzecz biorąc, dość udany powrót Lombardo do zespołu, jednak biorąc pod uwagę całość jest to krok do tyłu w rozwoju zespołu i krok do tyłu względem God Hates Us All także pod względem jakości samej muzyki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocena: &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;7,5/10&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak doskonale widać, Slayer nigdy nie zszedł poniżej pewnego, bardzo wysokiego, poziomu, a ilość klasycznych albumów stawia go w ścisłej czołówce szeroko pojętego metalu. Zespół wpływowy, przez wielu naśladowany, będący inspiracją do całej rzeszy muzyków z kilku podgatunków. Co ciekawe, nawet Tori Amos ma na koncie, co prawda dość mocno przerobiony, cover Slayera. Ostatnimi czasy często można w wielu miejscach spotkać się z krytyką zespołu, ale fakty są takie, że "Zabójca" ciągle jest w niezłej formie, zaś niedawno udostępniony w Internecie utwór, Psychopathy Red, daje nadzieję na album lepszy od Christ Illusion, bardziej dynamiczny i energetyczny. Czego sobie i Wam życzę!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/405536386192013273-5818680248799048423?l=kontrolor.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kontrolor.blogspot.com/feeds/5818680248799048423/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=405536386192013273&amp;postID=5818680248799048423' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/405536386192013273/posts/default/5818680248799048423'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/405536386192013273/posts/default/5818680248799048423'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kontrolor.blogspot.com/2008/10/slayer-przekrojowo.html' title='SLAYER - Przekrojowo'/><author><name>Márius Litevec</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02257976366786969563</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='19' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_aG0qeHOFrdg/SOdUhwnPfAI/AAAAAAAAAAM/VJ8TL-tfxeU/S220/ryj.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-405536386192013273.post-547647396585687597</id><published>2008-10-05T21:14:00.010+02:00</published><updated>2009-08-17T23:38:19.161+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Ulrich'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='thrash metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='skrajna'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='mieszane uczucia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='death magnetic'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='death'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='heavy metal'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='magnetic'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='nierówna'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='loudness'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='metallica'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='nowa'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='produkcja'/><title type='text'>METALLICA - DEATH MAGNETIC</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_aG0qeHOFrdg/SOqMNqJxdyI/AAAAAAAAAAo/sKzl7h_3ieE/s1600-h/368077.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer; width: 250px; height: 250px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_aG0qeHOFrdg/SOqMNqJxdyI/AAAAAAAAAAo/sKzl7h_3ieE/s320/368077.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5254166081562572578" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;No cóż, nie jest to może najbardziej oryginalna pozycja do rozpoczęcia popełniania recenzji, ale, jako że to najgłośniejsza (sic!) płyta ostatnich tygodni, sama prosi się o ocenienie. I to rzetelne, bo to, pomimo ostatnich osiągnięć, jeden z najważniejszych zespołów rockowych w historii. Balonik pod tytułem Death Magnetic był pompowany do granic wytrzymałości na długo przed premierą. Oczekiwania, szczególnie wśród zwolenników dokonań do ...And Justice For All, były ogromne, jako, że zespół szumnie zapowiadał powrót do korzeni (w zasadzie to samo mówili przed St. Anger, ale to inna historia). Czy album okazał się przełomowym, nawiązującym z powodzeniem do najlepszych dokonań zespołu, czy też może zupełnym niewypałem?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po tym, jak raczej mało pomysłowe intro przemija, uderza nas... brzmienie! W zasadzie powiedziano już o tym wszystko, ale fani, pomni słynnych koszy na śmieci zamiast werbla na St. Anger byli dobrej myśli, gdy zespół poinformował o współpracy z Rickiem Rubinem przy nowej płycie. Jednak nagranie, niestety pozostawia wiele do życzenia pod względem brzmienia. Jest mało klarowne, w przesadzony sposób przesterowane w momentach, które tego nie wymagają itd. Jest to słuchalne co prawda, ale jednak mogło być pod tym względem, a w zasadzie powinno, zdecydowanie lepiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przejdźmy jednak do samego materiału. Otwierający This Was Just Your Life jest chyba najlepszy na płycie, leci płynnie, wszystko pasuje, ma doskonały refren i zdecydowanie daje nadzieje na udanie spędzony czas na obcowaniu z najnowszym dokonaniem czwórki z Kalifornii. Można się przyczepić do sekcji z solówkami, mogłaby być trochę krótsza, jednak ewidentnie Metallica chciała "przeprosić" krytyków za zupełny brak tychże na poprzednim albumie (co IMHO nie było jego największą wadą). Drugi The End of the Line jest już trochę słabszy, jednak ciągle bardzo poprawny. Niezbyt udana jest środkowa sekcja, niby łagodniejsza, potencjalnie mająca na celu dodania trochę "powietrza" do kompozycji, ale jednak w ostatecznym rozrachunku absolutnie niepotrzebna. Utwór trzeci jest lepszy od poprzedniego, z fajnym, bujającym riffem, sympatycznym pre-refrenem, jednak brzmienie zabija trochę potencjał, sprawiając, że utwór jest trochę przytłumiony. Niemniej jednak, Broken, Beat &amp;amp; Scarred jest kolejnym udanym kawałkiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejny na płycie jest pierwszy singiel, The Day That Never Comes. No i cóż, słyszałem już przeróżne opinie na jego temat, jednak moim zdaniem, nie ma zbyt wiele do zaoferowania słuchaczowi. Ewidentna próba nawiązania do takich utworów jak One czy Fade to Black, ze spokojną, balladową sekcją początkową, narastaniem napięcia i rozładowaniem go w końcówce tutaj, niestety, nie sprawdza się. Jedyny naprawdę dobry moment to sympatyczna melodyjka grana pod zwrotką. Im dalej w las, tym gorzej. Denerwująca maniera Hetfielda, wykrzykującego "this I sware" po tysiąckroć prowadzi do prymitywnej galopady a la Iron Maiden ze średnio udanymi solówkami. Lecz nie jest to najbardziej frustrujący moment płyty. Te mają dopiero nadejść.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;All Nightmare Long. Boże Święty Kochany, jaki to jest skrajnie nierówny utwór. Poprawne, acz nie rewelacyjne intro przechodzi w złym stylu w zupełnie kwadratowy utwór, upstrzony słabymi riffami i niezbyt chwytliwymi liniami wokalnymi, aż tu nagle... refren! Najlepszy na płycie, doskonały, aż chce się śpiewać razem z Hetfieldem, a nawet riff pod wokalem jest świetny. Cóż z tego, skoro później dochodzimy do kolejnej środkowej sekcji, w której znajdziemy chyba najgorszą solówkę albumu. Często fani Metalliki nie znoszą Slayera, podając za argument rzekomą nieumiejętność wykonywania tego właśnie elementu sztuki gitarowej przez Hannemana i, przede wszystkim, Kinga. No cóż - proponuję przesłuchać uważnie All Nightmare Long i ładnie przeprosić. Na szczęście pod koniec jeszcze raz dostajemy ten rewelacyjny refren.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejne dwa utwory można zapisać raczej na plus. Cyanide, bardzo przyjemny, chwytliwy, niewiele można zarzucić (oprócz może absolutnie niepotrzebnego wyeksponowania basu przed wejściem przewodniego riffu), aż do drugiego refrenu, po którym znowu zaczyna się robić kwadratowo. Lars robi "łup łup łup" i nie dzieje się nic dobrego. Można to nazwać chyba syndromem Death Magnetic, potencjalnie doskonałe utwory są rujnowane przez nieprzystające elementy, burzące naturalny przepływ riffów. Na szczęście w tym wypadku nie trwa to długo i znów dostajemy pod koniec sporą dawkę utworu, który cieszy uszy. The Unforgiven III, oprócz nazwy, niewiele ma wspólnego z dwoma wcześniejszymi częściami "trylogii". I bardzo dobrze, bo po zupełnie nieudanym TU II dostajemy całkiem słuchalny, spokojny utwór. Fortepianowe intro może niepotrzebne, a i reszta utworu mogłaby być spokojnie o 2 minuty krótsza, ale i tak nie jest źle.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;The Judas Kiss. Denerwujący riff początkowy przechodzi w przeciętność, aż pojawia się znowu, jak w All Nightmare Long, bardzo dobry refren, nośny, chwytliwy, naprawdę przyzwoity. Lecz później znowu mamy do czynienia z syndromem Death Magnetic.&lt;br /&gt;"Judas lives inside this vow&lt;br /&gt;I've become your new god now"&lt;br /&gt;NAJGORSZY chyba moment płyty. Pośród nudnych, niepotrzebnych, wymuszonych solówek tragiczne wejście wokalu dopełnia czarę goryczy. A szkoda, bo znowu świetny refren został zmarnowany.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dobrze pamiętamy, że Metallica ma na koncie bardzo dobry Orion i genialny, doskonały The Call of Ktulu, czyli utwór instrumentalny powinien jakiś poziom trzymać. Tymczasem... jeden. JEDEN. TYLKO JEDEN riff z tego całego zalewu wymuszenia, słabości wyróżnia się na plus. O tyle dobrze, że riff ten jest dominującą częścią tej "kompozycji", jednak panuje tu totalny chaos. Suicide &amp;amp; Redemption brzmi jak jakaś nieudana jam session, utwór nagrany wyłącznie po to, żeby Trujillo i Ulrich mogli dostać parę sekund na pokazanie swoich umiejętności. Ale do kwestii "umiejętności" niewysokiego Duńczyka jeszcze wrócę w podsumowaniu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;My Apocalypse zamyka album w stylu... średnim. Przeciętny, nijaki riff, utwór w szybkim tempie, niby nie nuży, aż do... oczywiście, środkowej sekcji. Jest lepsza niż ta w The Judas Kiss np., ale i tak nie ma się czym chwalić. No i ostatni "riff" płyty i wykrzykiwane przez Hetfielda słowa pozostawiają zdecydowany niesmak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po bardzo przyjemnym początku robi się dosyć przeciętnie, a co najgorsze, nierówno. Generalnie można, i chyba trzeba, dojść do pewnego zasadniczego wniosku. Płyta jest niesamowicie wykalkulowana. Bo cóż tu mamy? "Hej, mamy nowego basistę, trzeba to pokazać" - fragment Cyanide. Utwór nr 4 na płycie - metalowa półballada, zgodnie z dotychczasową tradycją (Fade to Black, Sanitarium, One, Unforgiven I i II). A do tego TU III. I oczywiście mnóstwo SOLÓWEK. Bo na to fani narzekali. Że nie było. To będziemy męczyć bułę ile się da, napchamy płytę do ponad 70 minut, żeby tym razem nie było narzekania. Oczywiście, próby powrotu do szybkiego łojenia słychać np. w My Apocalypse, ale nie są to najlepsze próby. Zaś Ulrich... no cóż, poza monotonnym łupaniem nie prezentuje sobą nic. Są momenty, w których chciałoby się widziec w Metallice za garami Lombardo, Hoglana czy innego, bardziej kreatywnego perkusistę z okolic thrashowych. Facet nie ma zupełnie pomysłu na granie i już.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocena... No, tu jest ciężka sprawa. Bo de facto Death Magnetic to dwie płyty - jedna świetna, z mnóstwem chwytliwych riffów, nośnych refrenów pełnych rockowego feelingu, a druga to wymuszona próba zadowolenia fanów bardziej thrashowych dokonań. Gdyby wywalić z pół godziny materiału, zostawić te elementy, które naprawde zasługują na uwagę, dostalibyśmy naprawde ZNAKOMITĄ płytę Metalliki. A tak, pozostaje niedosyt. Dawno żadna płyta nie wywołała we mnie tak skrajnych odczuć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I ciągle w głowie słyszę refreny ANL i TJK... a przecież to nie są dobre utwory! Tu właśnie leży paradoks...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;5/10&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/405536386192013273-547647396585687597?l=kontrolor.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kontrolor.blogspot.com/feeds/547647396585687597/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=405536386192013273&amp;postID=547647396585687597' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/405536386192013273/posts/default/547647396585687597'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/405536386192013273/posts/default/547647396585687597'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kontrolor.blogspot.com/2008/10/metallica-death-magnetic.html' title='METALLICA - DEATH MAGNETIC'/><author><name>Márius Litevec</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02257976366786969563</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='19' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_aG0qeHOFrdg/SOdUhwnPfAI/AAAAAAAAAAM/VJ8TL-tfxeU/S220/ryj.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_aG0qeHOFrdg/SOqMNqJxdyI/AAAAAAAAAAo/sKzl7h_3ieE/s72-c/368077.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-405536386192013273.post-3910477520966119899</id><published>2008-10-04T12:50:00.000+02:00</published><updated>2008-10-04T12:56:45.662+02:00</updated><title type='text'>Czas zacząć!</title><content type='html'>Doszedłem do, IMHO, słusznego wniosku, że jeśli już brać się za recenzje, to na własną rękę. Stąd ten oto blog. Będą się tu pojawiać recenzje wszelakich form uciech zmysłów ludzkich, wizualnych, dźwiękowych, intelektualnych. Najpewniej system ocen będzie 10-punktowy, z dopuszalnymi połówkami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;OK, to tyle na teraz, zobaczymy się później!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/405536386192013273-3910477520966119899?l=kontrolor.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://kontrolor.blogspot.com/feeds/3910477520966119899/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=405536386192013273&amp;postID=3910477520966119899' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/405536386192013273/posts/default/3910477520966119899'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/405536386192013273/posts/default/3910477520966119899'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://kontrolor.blogspot.com/2008/10/czas-zacz.html' title='Czas zacząć!'/><author><name>Márius Litevec</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02257976366786969563</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='19' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/_aG0qeHOFrdg/SOdUhwnPfAI/AAAAAAAAAAM/VJ8TL-tfxeU/S220/ryj.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry></feed>
